poniedziałek, 31 marca 2014

Czas na zmiany

(…) Do kompetencji zarządu należą wszystkie sprawy, które nie zostały zastrzeżone do kompetencji innych organów spółki. Co do zasady członków zarządu powołuje i odwołuje rada nadzorcza, chyba że co innego stanowi statut spółki. Kadencja, czyli okres sprawowania funkcji przez członka zarządu, nie może być dłuższa niż pięć lat. Jednak ponowne powołania tej samej osoby na członka zarządu są dopuszczalne na kadencje nie dłuższe niż pięć lat każda, co nie wyłącza możliwości odwołania członka zarządu w każdym czasie. (…)
Źródło : http://mojafirma.infor.pl/ Autor: M. Szulikowski i Partnerzy Kancelaria Prawna

Nieprzypadkowo tekst ten rozpoczynam od zacytowania fragmentu opisu kompetencji zarządu spółki działającej w oparciu o Kodeks Spółek Handlowych. Opis ten znakomicie pokazuje konstrukcję prawa, w którym poszczególne organy spółki prawa handlowego, podlegają precyzyjnie zapisanym w Ustawie przepisom. W przepisach tych nie ma miejsca na „przypadkowość” zależności, lub nieprecyzyjność sformułowań. Jednak to, co jest najistotniejsze, w tym konkretnym przypadku – konstrukcja ta umożliwia wręcz natychmiastowe odwołanie osób odpowiedzialnych za działania, lub zaniechania, mogące mieć tylko znamiona działań na niekorzyść spółki. Krótko mówiąc prezes spółki handlowej może być odwołany w trybie natychmiastowym, jeśli tylko akcjonariusze stracą zaufanie do jego pracy.

Drugim źródłem, które chciałbym przywołać, jako wstęp do dalszych rozważań jest Kodeks Drogowy. W tym przypadku mamy do czynienia ze zbiorem precyzyjnych przepisów, normalizujących zasady poruszania się po drogach publicznych wszystkich użytkowników, będących , z niewielkimi wyjątkami, równoprawnymi podmiotami tego prawa. Bowiem droga jest miejscem, w którym o zasadach poruszania decydują przede wszystkim względy bezpieczeństwa, nie zaś partykularne interesy jakiejś grupy – np. kierowców autobusów, lub użytkowników posiadających lepsze, lub droższe samochody. Prawo dla wszystkich jest w tym przypadku takie samo – pijany rowerzysta poniesie takie same konsekwencje, co pijany motorniczy, lub pijany kierowca ciągnika, wyjeżdżający z pola na drogę publiczną. Na drodze z pierwszeństwem przejazdu rowerzysta może przejechać bezpiecznie, a kierowca sportowego BMW będzie czekał z włączeniem się do ruchu z drogi podporządkowanej.

Jednak to, co mogło zostać precyzyjnie określone w tych, konkretnych przepisach,  nie funkcjonuje w wielu najważniejszych sferach życia publicznego, gdzie prawo przez lata zostało wypaczone do tego stopnia, iż funkcjonuje jako „twór” zupełnie oderwany od rzeczywistości i służący jedynie interesom tych, którzy je tworzą.
Są to obszary szczególnie newralgiczne. Dokonano w nich redefinicji pojęć podstawowych, co istotnie przyczynia się do dalszej degrengolady prawa. A wszystko zaczyna się od słowa „demokracja”

Przywołam w tym miejscu jeden z wcześniejszych tekstów, który można rozwinąć jako tezę. Stanowi ona, że,  „demokracja” w pierwotnym pojęciu nie istnieje :

(…)Demokracji nie ma. Każdy, kto twierdzi inaczej mija się z prawdą. Pojęcie demokracji używane jest dla uwiarygodnienia złudnego przekonania społeczeństwa, iż jest suwerenem własnego losu. Lecz, czy obecną formę „demokratycznych” rządów w państwach prawa, a takim bez wątpienia nazywana jest Polska, można rzeczywiście uznać za suwerenną ?
Demos – lud, creatos – panować. Słowo „demokracja” jest więc określone w sposób, który narzuca interpretację znaczenia bardzo jednoznacznie. Panowanie ludu oznacza bowiem bezpośredniość władztwa. Każde dodatkowe słowo, przypisane do „demokracji” zmienia charakter i sens znaczenia. Nie można mówić o demokracji bezpośredniej lub pośredniej, bowiem już w samym znaczeniu znajduje się pytanie i odpowiedź. Panowanie ludu nie może być przeniesione na przedstawicieli, choćby przedstawiciele ci pochodzili od ludu. Bowiem z chwilą przekazania bezpośredniego władztwa na plenipotenta tworzy się nowa forma sprawowania władzy, której nie sposób nazwać demokracją.
Dlaczego nie nazwać rzeczy takimi jakimi są, a więc zamiast ustroju demokratycznego powiedzieć po prostu ustrój plenipotencjarny, albo ustrój regencyjny ? Plenipotenci nie mogą pozwolić na zmianę nazwy na właściwą sobie. Oznaczałoby to bowiem, że odpowiedzialność za czyny i zaniechania polityków sprawujących władzę przechodzi bezpośrednio na nich. Łatwiej jest przecież powiedzieć - Przecież mnie wybraliście, abym w waszym imieniu sprawował władzę !

Nadbudową pierwotnego znaczenia pojęcia demokracji jest niczym innym jak przejawem nowomowy na użytek rządzących, przewartościowującym to pojęcie i zmieniającym jego właściwy sens. A przecież gdyby zadbać o właściwe znaczenie i konsekwencje z niego płynące to prawodawstwo wyglądać powinno zupełnie inaczej. Nie mielibyśmy „przedstawicieli narodu” wybieranych na 4 lata, których w taki sam sposób odwołać wcześniej nie sposób. Nie mielibyśmy ustaw sprzecznych z wolą narodu, bowiem plenipotenci każdą z nich musieliby zatwierdzać referendalnie z mocy prawa nadanego im przez naród, nie zaś sami decydując o tym, czy tak należy uczynić. Nie mielibyśmy tajności obrad urzędników ze światem finansów i biznesu – każda decyzja mająca znaczenie dla polskiej racji stanu musiałaby być zatwierdzona przez całe społeczeństwo.

Obecna forma władztwa i państwowości nie jest demokracją , ani nigdy nią nie była i nie będzie. Warto to zrozumieć, zanim głosując w wyborach upoważni się kogokolwiek do reprezentowania interesów własnych i własnego narodu. Rada nadzorcza może odwołać prezesa spółki w każdej chwili, gdy tylko uzna, że szkodzi on jej interesom. Gdy naród chce zrobić to samo z powołana przez siebie władzą – władza grozi narodowi użyciem „środków”. Ja znam tylko jedną definicję na określenie tej formy rządów – bliższą Białorusi…(…)

Rozwijając dalej postawioną tezę nie można pominąć kolejnego pojęcia, wpisującego się w swoisty etos demokracji, lecz zmieniającego „właściciela” i „adresata”. Ta zamiana, (czego przykładem jest choćby „zestaw” innych pojęć, których często używam jako przykładów w dyskusji o redefinicjach  – mianowicie pojęć „pracodawcy” i „pracownika”) odnosi się do pojęcia „władzy”.

Przykład „pracodawcy”, którym przyszło nam określać , (w myśl litery Kodeksu Pracy, a także wszystkich innych zapisów z KP powiązanych) podmiot wytwarzający dobra, lub usługi , oraz „pracownika” który jest jednym z „narzędzi” służących do ich wytwarzania, jest najbardziej jaskrawy. W tej jednej ustawie dochodzi bowiem do niekonsekwencji znaczeniowej, nie mającej swojego odpowiednika w innych zapisach prawa.

Jeśli konsekwentnie użylibyśmy znaczeń zgodnie z ich wartością to mianem „pracodawcy” nazywalibyśmy obecnego „pracownika”, zaś obecny „pracodawca” zostałby „pracobiorcą”. Analogia występuje bardzo blisko. Mamy wszak usługodawcę i usługobiorcę, mamy pożyczkodawcę i pożyczkobiorcę, mamy dawcę i obdarowanego. Dlaczego więc zaszła tutaj ( i jak za chwilę pokażę, nie tylko tutaj) taka zamiana i czemu właściwie miałaby ona służyć ?

Odpowiedź na to pytanie kryje się w zależnościach, które nie występują w przypadku zastosowania pojęć niosących przekaz o równoprawności podmiotów, będących stroną w stosunku prawnym ich łączącym. Jeśli mówimy o usługodawcy i usługobiorcy, okazuje się, że w większości przypadków stosunek ten uwarunkowany jest taką sama wartością i uprawnieniem.
Można więc mówić, że obie strony poruszają się „po tej samej ulicy”, na której obowiązują jasne i precyzyjne zasady.

Inaczej jest jednak, jeśli równowaga ta zostanie zachwiana, co ma miejsce właśnie w przypadku zależności występujących pomiędzy obecnymi  „pracodawcą” i „pracownikiem”. O ile bowiem frazeologia słowa „pracodawca” determinuje to pojęcie w sposób jednoznaczny, jako tego, który „daje pracę”,  (choć jak wspomniałem wcześniej nie jest to pojęcie „konsekwentne”) to już słowo „pracownik” nie niesie w zasadzie żadnych powiązań frazeologicznych – podobnie zresztą jak „silnik” lub „młotek” . Można oczywiście uwzględnić pojęcie „pracownika” jako uniwersalne - coś co łączy w sobie nazwy wszystkich zawodów (murarz – bo muruje, piekarz – bo piecze, pracownik – bo pracuje), ale zawsze będzie to nazwa „zasobu” – materialnego, lub niematerialnego, (a na pewno wliczonego w bilans zysków i strat) nie zaś równoprawny podmiot tego prawa.

Jeśli zwróci się uwagę na efekt jaki ze sobą przynosi takie postawienie „określeń” w Kodeksie Pracy, to zwraca uwagę dysproporcja praw i obowiązków „pracodawcy” i „pracownika” oraz ich wzajemny stosunek, w którym dostrzec można echa feudalizmu.

Generalnie, prawo tak skonstruowane, stawia człowieka, jako jednostkę, na bocznym torze postępu, w którym to „pracodawca” dyktuje warunki,  na które „pracownik” po prostu nie może się nie zgodzić, chcąc być zatrudnionym.

 Można również zauważyć, że proces kształtowania prawa pracy, który stawia jednostkę – „pracownika” coraz niżej w hierarchii podmiotów stanowionego prawa, przebiega zgodnie z innym procesem. Jest nim mianowicie proces redefiniowania demokracji i bogacenia się klas politycznych, które same w sobie wyodrębniają się ze społeczeństwa, tworząc jednocześnie prawo, uniezależniające je od wszelkiej , społecznej kontroli, lub sprawiające, że kontrola ta jest niezmiernie utrudniona ( przy braku  możliwości rozliczenia za popełnione negatywne dla społeczeństwa działania lub zaniechania).

I w tym miejscu warto powrócić do pierwszego, przywołanego cytatu, który pokazuje, że w przypadku przedsiębiorstwa, które jest przecież niejako „miniaturą” państwa na pewnym, określonym poziomie postrzegania,  istnieją instrumenty prawne, które w sposób natychmiastowy mogą przerwać negatywne skutki działania osób odpowiedzialnych za rozwój tego przedsiębiorstwa.

Jeśli przyrównać akcjonariuszy do obywateli państwa, to akcjonariusze mają daleko skuteczniejsze instrumenty kontroli i nadzoru nad firmą, której są (zbiorowo) właścicielami. Obywatele państwa, jako jego suwereni, takich praw nie mają, a już na pewno nie w takim zakresie jaki powinni mieć. Co jest tego przyczyną ?

I znów powrócę do wcześniejszego wątku, w który wspomniałem o zamianie adresów dedykowanych pojęć, które prowadzi do jasnej i klarownej konkluzji. Głównym i nadrzędnym pojęciem jest w tym przypadku pojęcie „władzy”. Jeśli w Polsce istnieje demokracja to władzę sprawuje naród. Lecz jeśliby tak miało być, to dlaczego pewne pojęcia zamieniane są miejscami ?

No bo przecież jeśli mówimy o „władzy” ustawodawczej to mamy na myśli parlament. Ale przecież jest to określenie błędne, bo parlament jest jedynie „na służbie” narodu, jako jego przedstawiciel, posiadający odpowiednie ku temu pełnomocnictwa. A więc powinniśmy mówić nie o władzy ustawodawczej tylko o organie ustawodawczym państwa , dalej, organie sądowniczym, organie wykonawczym.

Pomijając na razie prawne konsekwencje, wynikające z takiego „nazewnictwa” należy zwrócić uwagę na konsekwencje społeczne, a konkretnie, implikacje z tego wynikające. Jeśli, dla przykładu, stworzymy jakieś stanowisko pracy z określonymi zadaniami do wypełnienia, lecz w jednym przypadku nazwiemy osobę „Kierownikiem Zespołu” a w drugim „Koordynatorem Zespołu” to, czy pomimo dokładnie takich samych kompetencji, osoby w tych dwóch przypadkach będą na takim samym, subiektywnie odczuwanym poziomie awansu zawodowego ?

 A czy podległy im zespół pracowników w jednakowy sposób będzie odbierał te kompetencje ?

 Otóż, na pewno nie, bo pomimo precyzyjnie sformułowanego zakresu zadań, frazeologia obu tych nazw jest inna i niejako „definiuje” status zawodowy na konkretnym stanowisku. W przypadku „kierownika” daje przez to, już na wejściu, większy zakres „upoważnienia” do artykułowania poleceń służbowych, zamiast, jak to w przypadku „koordynatora: poszukiwania metod zwiększenia efektywności pracy zespołowej, poprzez właściwą „koordynację” działań zespołu.

Pojęcie „kierownika” daje „władzę” (feudalizm) , pojęcie koordynatora wnosi odpowiedzialność za powierzone zadania i jest bardziej „demokratyczne”.

Oczywiście dzisiejszy system „sprawowania władzy” w Polsce jest syntezą myśli Monteskiusza, demokracji ateńskiej i paru jeszcze innych „wynalazków” politycznych, które wymyślono na przestrzeni wieków. Jednak synteza ta zawiera wiele cech wskazujących na ewolucję w kierunku niekorzystnym z punktu widzenia dobra ogółu społeczeństwa.

Przede wszystkim można zauważyć, że powstała nowa klasa społeczna, którą można nazwać klasą urzędniczo –partyjną. Obecnie nie ma także miejsca, tak , jak w demokracji starożytnych Aten, na losowy wybór przedstawicieli „ludu”. „Przedstawiciele” ci wybierani są również w sposób daleki od demokratycznego, bowiem nie wybiera się ich bezpośrednio, a głosuje na partię, która decyduje, kto ma być jej reprezentantem w Sejmie, czy w Senacie. Ta cecha wyboru „przedstawicieli” determinuje pogląd, że obywatel praktycznie nie ma realnego i bezpośredniego wpływu na to, kto będzie go reprezentował.

Drugim, charakterystycznym elementem są przywileje, przysługujące „przedstawicielom”, które tworzone są przez nich samych w postaci odpowiedniego prawa. Nie są to bynajmniej przywileje służące jedynie sprawowaniu urzędu (np. immunitet). Za przywileje należy uznać także wszystko to, co sprawowaniu urzędu bezpośrednio nie służy, a wykracza poza prawa zwykłego obywatela, lub różne jest dla „przedstawiciela” i obywatela. Tym mianem można określić także „nadmiar” środków finansowych potrzebnych na „utrzymanie” posła lub senatora i „sprawowanie” przez niego „urzędu”

(…) Od tej chwili na konto każdego posła wpływać będzie co miesiąc ponad 9 tysięcy 800 złotych Do tego dodatki, w zależności od pełnionych funkcji, od prawie 1000 do 2000 złotych. Oprócz uposażenia i dodatków posłowie i senatorowie dostają dietę parlamentarną - to ponad 2400 złotych. To nie koniec bo na prowadzenie biur poselskich dostają, co miesiąc 11 650 złotych.
Lista przywilejów poselskich jest dłuższa. A na niej bezpłatne podróżowanie po Polsce, samochody służbowe kancelarii Sejmu, zwrot kosztów paliwa. Co ciekawe nie muszą przedstawiać paragonów ani faktur. Wystarczy oświadczenie w którym poseł napisał ile przejechał kilometrów i jakim samochodem. Gdy są w Warszawie nie muszą martwić sie o nocleg. Mają zagwarantowane darmowe zakwaterowanie w Domu Poselskim. Gdy są poza Warszawą do dyspozycji na noclegi mają rocznie ponad 7 i pół tysiąca złotych. Pewnie dlatego "przywileje poselskie" to jedna z nielicznych spraw gdzie posłowie bez względu na klubowe barwy, głosują na "tak".
W wypadku gdy poseł straci prace na Wiejskiej może liczyć na odprawę wynoszącą trzykrotność jego pensji .(…)
Źródło TVP, autor Anna Arciszewska

Wyszczególnione powyżej przywileje materialne są jedynie częścią tego, z czego korzystać mogą posłowie i senatorowie. Należy jednak pamiętać, że na tym nie kończą się rozbieżności pomiędzy „przedstawicielem” narodu, a narodem.

Można dostrzec, że nie tylko w tej , materialnej, sferze poseł, lub senator jest „wyróżniony”, bo korzystanie z przywilejów materialnych wiąże się także w wielu przypadkach z brakiem transparentności wykorzystywania środków publicznych, których beneficjentami są „zawodowi parlamentarzyści”

W tym miejscu można pokusić się o wykazanie innej, niezmiernie istotnej cechy, która jednoznacznie skazuje na „nierówność” suwerena i plenipotenta

Odpowiedzialność

Każdy, kto podejmuje pracę, podpisuje stosowną umowę, w której wykazane są zasadnicze obowiązki na danym stanowisku, oraz zakres odpowiedzialności, również materialnej, za nienależyte ich wykonanie. Również w przypadku piastowania najwyższych stanowisk, w spółkach prawa handlowego, na zarządzających nałożony jest nie tylko obowiązek należytego wykonywania obowiązków, ale również , że osoby piastujące te stanowiska nie mogą działać na niekorzyść spółki. Co to oznacza w praktyce ?

Oznacza to, nie mniej nie więcej, że prezes spółki akcyjnej może odpowiadać karnie, jeśli jego decyzje doprowadzą do niekorzystnych finansowo dla spółki decyzji. Może to być np. wybór kontrahenta, którego oferta jest mniej korzystna niż porównywalna oferta innego, mogą to być wprowadzone zmiany organizacyjno - prawne, które doprowadzą do zwiększenia kosztów, lub spowodują niebezpieczeństwo utraty konkurencyjności, a tym samym zmniejszenia udziału spółki w rynku. Jednym słowem są to wszystkie takie działania, które mogą (nie muszą) spowodować dość ogólnie ujęte naruszenie interesu spółki.

Ustawodawca chroni tym samym np. akcjonariuszy przed nadmierna „samodzielnością” zarządu, nakładając nań określoną odpowiedzialność i stosując karę, jeśli dojdzie do złamania prawa w tym zakresie.

Czy można mówić o analogicznym rozwiązaniu legislacyjnym w przypadku posłów lub senatorów, którzy decydują w daleko większym zakresie odpowiedzialności za cały kraj i wszystkie aspekty życia społecznego, gospodarczego, obronnego i politycznego ? Czy karą więzienia zagrożone będzie podjęcie niewłaściwej decyzji legislacyjnej, a szczególnie w przypadku, gdy głosowanie odbywać się będzie na zasadzie „jedności partyjnej” ? Czy któryś z posłów poniesie odpowiedzialność za podniesienie ręki i naciśnięcie przycisku, nawet jeśli wiązało się to będzie z ewidentnymi dla państwa negatywnymi skutkami ?

Otóż nie ma takiego rozwiązania, a największym przywilejem posła lub senatora jest to, że nie ponosi on praktycznie żadnej odpowiedzialności za decyzje, które podjął. Gdyż są to decyzje zbiorowe, na które odpowiedzialności (karnej) nie można narzucić. Nie można równie narzucić odpowiedzialności materialnej.

Przywilejem posła, lub senatora jest de facto to, że jest on bezkarny w tym co robi, nie mając często nawet odpowiedniego przygotowania merytorycznego, aby w pełni zrozumieć konsekwencje swoich decyzji.

Walka o dusze i pieniądze

W dobie postępującej ewolucji systemów politycznych, stają się one coraz bardziej „podporządkowane” nowej „klasie” zawodowych polityków, przy jednoczesnym, coraz większym wyobcowaniu reszty społeczeństwa, a szczególnie największej jego grupy – pracujących za najniższe lub średnie pensje, emerytów, rencistów, bezrobotnych, dzieci. Ta grupa ma najmniejszy, wpływ na kształtowanie swojego „małego świata”, choć wydawałoby się, że ma poczucie wolności.

Ta „wolność” jest jednak bardzo subiektywnym odczuciem, bowiem sprowadza się do podejmowania decyzji w bardzo wąskich ramach, nakreślonych przez obowiązujące prawo. Im większy wpływ na kształtowanie tego prawa maja grupy mniej liczne, lecz dysponujące bądź kapitałem, bądź przywilejami, lub i jednym, i drugim jednocześnie, tym bardziej zawęża się „wolność” jednostki i tym bardziej jest ona wykorzystywana. Zwierciadłem takiego stanu rzeczy jest poziom dobrobytu obywateli, ale także stopień swobód osobistych.

W obecnym czasie można powiedzieć, że stopień tych swobód obywatelskich w Polsce zawęża się w zastraszającym tempie. Jeśli wziąć pod uwagę okres od przemian polityczno – gospodarczych od 1989 roku, do chwili obecnej, można wyróżnić w tym czasie kilka etapów, podczas których większość obywateli w niewielkim tylko stopniu podniosła swój status materialny, przy jednoczesnym nałożeniu na nich dużej ilości ograniczeń – choćby w postaci nowego, lub zaostrzonego prawa (ostatnio także unijnego), nowych podatków i ograniczeń dotychczasowych swobód obywatelskich.

Pod przykrywką swobody działalności gospodarczej ukryto fakt, że większa część społeczeństwa polskiego po prostu nie ma żadnej szansy, na obecnym rynku, zdominowanym przez wielkie koncerny (również zagraniczne) dysponujące zapleczem naukowo -technicznym, kapitałem , ale także przywilejami jakie dają im ci, którzy prawo stanowią.

Mamy więc strefy bezcłowe, ulgi podatkowe dla przedsiębiorstw, oraz konstrukcję prawa pozwalającą na zminimalizowanie kwot podatków odprowadzanych dla państwa. Duże i bogate spółki skutecznie korzystają z narzędzi prawnych i finansowych, gdy tymczasem małe , rodzinne firmy muszą odnajdować swoje szanse w niszowych częściach rynku, które ostatnio również są coraz częściej zdominowane przez „potentatów”. Równość szans jest więc mitem, służącym głównie partyjnej propagandzie (często przedwyborczej). Obywatel powinien mieć też złudne uczucie, że ma realny wpływ na swoje życie. W takim „mitycznym” świecie łatwiej jest „klasie partyjnej” zabiegać o poparcie. Dzięki propagandowej demagogii kupuje się głos obywatela, płacąc za to obietnicami bez pokrycia.

Nie można mieć złudzeń. Piramida potrzeb każdego człowieka pozostanie zawsze taka sama. W pierwszej kolejności pozostanie awans społeczny, zawodowy i materialny. Dla polityka jest to po prostu sposób na życie pozbawione wielu niedogodności, które spotykają przeciętnego obywatela. Prawdziwych mężów stanu jest niewielu, bowiem trzeba nie tylko posiadać określone do tego predyspozycje, ale również kierować się wartościami społecznymi i silną potrzebą  pracy na rzecz ogółu. A taka praca oznacza wyrzeczenia i przedłożenie wartości niematerialnych nad własne – materialne.

Równi i równiejsi

Można powiedzieć, że każdy obywatel naszego państwa jest równy wobec prawa. Takie przynajmniej są założenia, bo rzeczywistość wygląda inaczej. Z jednej bowiem strony mamy ludzi bogatych i wpływowych, a drugiej biednych i pozbawionych możliwości korzystania z pomocy „narzędzi władzy” . Krótko mówiąc mamy kierowcę sportowego i drogiego BMW oraz rowerzystę. W przypadku Kodeksu Drogowego sprawa jest prosta – łamiesz przepisy dostajesz mandat.  W przypadku konfrontacji z innym prawem, stanowionym przez bogatych i wpływowych na rzecz „bogatych i wpływowych” sprawa wygląda inaczej.

Chcesz, obywatelu,  toczyć spór z przedsiębiorstwem dostarczającym energię elektryczną do twojego domu. Pierwszą wersją tego sporu będzie wezwanie cię do zapłaty zaległości płatniczych. Jakaś niezapłacona faktura za prąd i dostajesz wezwanie do zapłaty. Nie zapłacisz, odcinają ci prąd, sprawę kierują do komornika, wpisują cię do Krajowego Rejestru Długów. Wartość faktury jakiej nie zapłaciłeś w terminie to przykładowo 100 złotych. Koszty, jakie poniosłeś – to kilkaset złotych za ponowne przyłączenie prądu (czyli załączenie głównego bezpiecznika, co zajmuje instalatorowi kilka sekund) odsetki, koszty komornika, brak możliwości wzięcia kredytu. Koszty przedsiębiorstwa energetycznego – żadne, bo obciążony zostałeś za wszystko, włącznie z korespondencją.

Druga wersja. Wyłączono prąd w twojej okolicy. Miałeś w lodówce zapas jedzenia na tydzień. Pracujesz w domu, korzystając z komputera, ogrzewasz dom elektrycznie. Jest zima, w Twoim domu spadła temperatura i chodzisz w swetrze. Dzieci i ty sam zachorowaliście z powodu zimna w domu. Piszesz pismo do zakładu energetycznego który , zgodnie z umowa dostarczał ci prąd. Dostajesz odpowiedź, że rachunek zostanie pomniejszony o to czego, z powodu braku prądu, nie wykorzystałeś. Oczywiście możesz teraz sprawę oddać do sądu, ale musisz wykazać,  jakie starty poniosłeś. Do tego dochodzą koszty adwokata i koszty procesu, oraz wątpliwa szansa na wygraną. Czy kogoś, kto np. nie zapłacił kiedyś rachunku z powodu biedy stać będzie na ich poniesienie ?
To najprostszy przykład „równości” pomiędzy obywatelem a instytucją. Takie przykłady można mnożyć.

Podobne dysproporcje występują wszędzie tam, gdzie obywatel spotyka się z instytucją, urzędem, lub monopolistą. Kto tworzy takie prawo, które obywatelowi nie pozostawia żadnych szans w tym starciu ?

To prawo tworzą ci sami ludzie, którzy niejednokrotnie swoją drogę polityczną kończą jako wpływowi i bogaci beneficjenci praw, które sami utworzyli. Najpierw zaczyna się ona od radnego, potem burmistrza, w dalszej kolejności ktoś zostaje posłem, posłusznie wypełniającym zobowiązania wobec partii, która dała mu to stanowisko. W nagrodę za lojalność poseł może zostać wojewodą, a później, gdy już zbliża się moment dekoniunktury politycznej, czeka stanowisko prezesa jakiegoś funduszu, albo doradcy w państwowej spółce, gdzie spokojnie można dotrwać do emerytury – mając zapewniony dożywotni byt na wysokim poziomie materialnym.

Zmiany

Zerwanie z dotychczasowym modelem „rządzenia” w Polsce będzie przedsięwzięciem bardzo trudnym, jeśli nie niemożliwym. Przede wszystkim potrzebne są radykalne i bardzo szybkie zmiany w prawie. Dotyczyć one powinny praktycznie wszystkich sfer życia publicznego, ale przede wszystkim modelu sprawowania władzy i  powiązanych z nim aktów prawnych, wliczając w to Konstytucję.

Dlaczego w ogóle większość zmian  prawie jest tak trudno wprowadzić ? Odpowiedzi należy szukać w tym , co wcześniej napisałem. Jeśli ktoś zostaje wybrany na czteroletnią kadencję, podczas której państwo płaci najczęściej za markowanie pracy, dając przywileje i nie wyciągając konsekwencji z nienależytego wykonywania obowiązków, to mamy do czynienia z najbardziej nieskutecznym modelem zarządzania państwem. Model ten prowadzi do powstawania wielu patologii, o których słyszymy coraz częściej – afery gospodarcze z udziałem polityków, korupcja, nepotyzm i wiele innych o których opinia publiczna nie jest informowana, bowiem dzieją się one poza wszelką społeczną kontrolą.

Czasem zmiany te mogą być bardzo proste. Np. wystarczyłoby wyłączyć z immunitetu poselskiego prawo o ruchu drogowym, by pijani posłowie, pędzący z nadmierną prędkością przez teren zbudowany nie pozostawali bezkarni i odpowiadali karnie tak samo jak każdy obywatel, a także politycznie, tracąc w trybie natychmiastowym mandat posła lub senatora.

Wystarczyłoby wprowadzić kontrolę czasu i efektywności pracy – jak  każdej firmie i przedsiębiorstwie – aby płacić za wykonaną pracę, nie zaś ryczałt za czteroletnią dyspozycyjność posła lub senatora.

Należałoby wprowadzić finansowe konsekwencje dla tych, którzy uchwalili prawo skutkujące realnymi konsekwencjami finansowymi działającymi na niekorzyść obywateli. Dlaczego to obywatel ma ponosić konsekwencję złego prawa ? Koszty związane np. z uchyleniem przepisów przez Trybunał Konstytucyjny ponosi podatnik – powinny zostać one przeniesione, przynajmniej w części na tych, którzy dopuścili się uchwalenia prawa niezgodnego z Konstytucją i wprowadzili je w życie.

Muszą istnieć instrumenty prawne pozwalające natychmiast pozbawić posła lub senatora mandatu (np. referendum), jeśli taka jest wola wyborców i musi powstać instytucja kontrolująca pracę parlamentu – niczym Rada Nadzorcza.

Ale przede wszystkim należy na nowo zdefiniować pojęcia i powiedzieć wprost, ze obecny system nie jest systemem demokratycznym. Że to, co codziennie słyszymy z ust polityków nie tworzy prawdy, tylko konsekwentnie służy interesom wąskiej grupy, której wydaje się, że jest właścicielem państwa, włącznie z jego obywatelami. Zaś obywatele to tylko narzędzie do zdobycia władzy i utrzymywania ze swoich ciężko zarobionych pieniędzy tysięcy urzędników i przedstawicieli „władzy”.

Bardzo duże zmiany dotyczyć musza także władzy wykonawczej, potocznie i bezzasadnie nazywanej „rządem”. Pojęcie „rządu” musi zostać wyeliminowane w odniesieniu do Rady Ministrów, na czele której stoi Prezes Rady Ministrów. To „znaczeniowy” punkt wyjścia, bardzo potrzebny do prawidłowego zdefiniowania zakresu zadań i odpowiedzialności tego organu. Bowiem Rada Ministrów nie „rządzi” i tak też nie mogą tego organu odbierać obywatele. Rządem w Polsce są bowiem oni, wybierając jedynie swoich przedstawicieli, spośród których na stanowisko „prezesa” powinna być powołana osoba koordynująca i nadzorująca pracę ministrów.

Osobną sprawą są kompetencje. Niedopuszczalną praktyką jest obecnie powoływanie ministrów z nadania politycznego i partyjnego. Nie może być tak, ze osoby, odpowiedzialne za funkcjonowanie państwa i wszystkich jego obszarów nie posiadają odpowiedniej, merytorycznej wiedzy oraz udokumentowanych sukcesów w obszarach którymi zarządzają. Nie chodzi tutaj tylko o wykształcenie kierunkowe, ale również o cały szereg dodatkowych formalnych uprawnień, które kandydat na ministra powinien posiadać, aby móc piastować jedno z najważniejszych stanowisk w państwie. Podobnie jak w przypadku architektów, którzy nie mogą samodzielnie tworzyć projektów zaraz po studiach, prawników, którzy musza przejść przez aplikację, czy lekarz, którzy musza zdobyć specjalizację, a także mają obowiązek stałego doskonalenia zawodowego, tak również ministrowie powinni nabyć prawo do pełnienia tej funkcji tylko po uzyskaniu odpowiednich kompetencji i potwierdzonej egzaminem wiedzy w zakresie kierowania odpowiednimi resortami.

Jak to obecnie wygląda ?

Bogdan Klich – były minister obrony – z wykształcenia lekarz i historyk
Tomasz Siemoniak – obecny minister obrony – absolwent Szkoły Głównej Handlowej, były dyrektor programu 1 TVP, pełnił 2 lata funkcję dyrektora biura prasy i informacji w MON
 Jerzy Miller – były minister spraw wewnętrznych i administracji – z wykształcenia inżynier automatyk
Bartłomiej Sienkiewicz – obecny minister spraw wewnętrznych i administracji - absolwent wydziału historyczno –filozoficznego UJ

(…) W latach 80. przyszły szef MSW - prawnuk polskiego noblisty - działał w opozycji demokratycznej. Na początku lat 90. znalazł się w Urzędzie Ochrony Państwa, współpracując z ministrami spraw wewnętrznych Krzysztofem Kozłowskim, znanym przeciwnikiem lustracji, i Andrzejem Milczanowskim. To właśnie Kozłowski miał go ściągnąć do UOP.
W grudniu 1991 r. Sienkiewicz był wraz z Wojciechem Brochwiczem (przyszłym współpracownikiem m.in. Ryszarda Krauze) w Moskwie ws. moskiewskiej pożyczki, czyli pieniędzy przekazanych polskim postkomunistom przez sowieckich komunistów. Leszek Miller oskarżał ich wówczas o namawianie Rosjan do spisku przeciw jego partii.
Źródło : Niezależna .pl

Jeżeli przyszłoby nam porównać poziom kompetencji i doświadczenia w kierowaniu resortem obrony w Polsce i w USA, to porównanie to jest zatrważające. Bowiem w USA, większość dotychczasowych sekretarzy obrony posiadało odpowiednie kompetencje. Mamy wśród nich zarówno byłych wojskowych, którzy brali czynny udział w konfliktach zbrojnych, jak również osoby związane w wywiadem jak np. Chuck Hagel obecny sekretarz obrony – weteran wojny w Wietnamie, dwukrotnie odznaczony z dzielność w boju najwyższym odznaczeniem wojskowym Purpurowe Serce, Leon Panetta – były oficer wywiadu armii USA, były dyrektor CIA, Robert Gates – oficer wywiadu kwatery głównej CIA - to trzech ostatnich sekretarzy obrony USA

Odpowiednikiem MSW w USA jest Departament Bezpieczeństwa Krajowego. Instytucja ta została powołana w 2001 roku po zamachach terrorystycznych na World Trade Center. Pierwszym szefem został Tom Ridge, weteran wojny w Wietnamie, wielokrotnie odznaczony za odwagę, prawnik, prokurator.  Rand Beers, weteran wojny w Wietnamie, żołnierz marines, były zastępca sekretarza stanu ds. narkotyków, były prezes krajowej sieci bezpieczeństwa, obecnie starszy doradca prezydenta USA.

Na tle struktur bezpieczeństwa USA i pracujących tam ludzi, nasze najważniejsze resorty kierowane sa przez ludzi, którzy w zasadzie nie powinni pełnić żadnego odpowiedzialnego stanowiska. Nie tylko, że ich kariera uzależniona jest głównie od „osiągnięć polityczno – partyjnych” to także poziom wykształcenia daleko odbiega od tego, czym powinien się szczycić minister odpowiedzialny za obronę naszego kraju, lub za jego bezpieczeństwo wewnętrzne, pojmowane bardzo szeroko, włączając w to zarządzanie wszystkimi jego strukturami i podległymi organami, w skład których wchodzą :
·         Komendant Główny Policji
·         Komendant Główny Straży Granicznej
·         Komendant Główny Państwowej Straży Pożarnej
·         Szef Obrony Cywilnej Kraju
·         Główny Inspektor Nadzoru Budowlanego
·         Główny Geodeta Kraju

Weryfikacja

Skuteczność działań struktur odpowiedzialnych za nasze bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne bardzo łatwo jest sprawdzić. Miernikiem skuteczności zarządzania poszczególnymi resortami są głównie sytuacje kryzysowe, podczas których poszczególne elementy tej struktury mogą się wykazać odpowiednimi kompetencjami, powiązanymi oczywiście z nadanymi im uprawnieniami do określonych działań, oraz zasobami służącymi do likwidacji i przeciwdziałania skutkom zagrożenia spowodowanym przez różne czynniki. Za stworzenie odpowiednich narzędzi, prawnych i materialnych, odpowiada głównie minister oraz prezes Rady Ministrów, a także Parlament. To te organy są dysponentami środków finansowych, to one tworzą również prawo, a także odpowiednie procedury. To one sa wic odpowiedzialne bezpośrednio za nasze bezpieczeństwo. Jak to „zabezpieczenie” wygląda w rzeczywistości, mogliśmy się przekonać np. podczas kilku dużych klęsk żywiołowych, które nawiedziły Polskę podczas ostatnich lat, a także śledząc artykuły prasowe o aferach korupcyjnych.

(…) Do czasu wystąpienia powodzi w Polsce w 2010 r. nie było przepisów kompleksowo regulujących kwestie pomocy osobom poszkodowanym w wyniku klęsk żywiołowych, w tym powodzi. Podstawę prawną umożliwiającą wsparcie powodzian przez państwo bezpośrednią pomocą finansową w ramach zadań z zakresu administracji rządowej realizowanych przez gminy, stanowiły przepisy art. 40 ust. 2 i 3 ustawy z 12 marca 2004 r. o pomocy społecznej, dopuszczające przyznanie bezzwrotnego zasiłku celowego osobie albo rodzinie, które poniosły straty w wyniku klęski żywiołowej, niezależnie od dochodu tej osoby lub rodziny. Jednakże przepisy te, poza ogólnym określeniem okoliczności, w których i komu zasiłek celowy przysługuje, nie precyzują istotnych w przedmiotowej sprawie kwestii, w tym sposobu i trybu określenia wysokości zasiłku. Pozostawiają zatem organowi przyznającemu zasiłek mającą korupcjogenny charakter dowolność w ustaleniu jego wysokości, z zastrzeżeniem zachowania jego celu, który można wywieść z art. 3 ust. 1 ww. ustawy, a jest nim wsparcie osób i rodzin w wysiłkach zmierzających do zaspokojenia ich niezbędnych potrzeb, w tym mieszkaniowych, których nie mogli realizować na skutek szkód wyrządzonych powodzią.(…)
Źródło : NIK

(..)Poszkodowani w wyniku pożaru właściciele i najemcy sklepów w centrum Włoszczowy nie otrzymali zapowiadanego przez burmistrza zasiłku celowego, nie mówiąc już o 15 tysiącach złotych. Radni, którzy nie mogli się ze sobą dogadać, mają przekazać pogorzelcom jedynie część swojej diety. Przedsiębiorcy nie chcą takiej łaski.(…)
Źródło : Onet

(…)Krzysztof Hajdas z wydziału prasowego KGP mówił wczoraj, że do systemu Help Desk policjanci zgłaszają informacje o różnego rodzaju usterkach. - Rzeczywiście były tu pewne wątpliwości. Badaliśmy tę sprawę. Wszystkie nasze dotychczasowe ustalenia przekażemy agentom CBA. Jesteśmy zadowoleni, że sprawę tę zbada dodatkowo niezależna instytucja - powiedział. Zapewnił, że policja udzieli CBA wszelkiej pomocy. Policja nie ujawnia żadnych szczegółów dotyczących wewnętrznej kontroli.
Dobrzyński wyjaśnił, że kontrola to kolejna wszczęta po tzw. aferze korupcyjnej w Centrum Projektów Informatycznych MSWiA (21 listopada ub. r. resort formalnie został podzielony na Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oraz Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji).
W październiku ub. r. zatrzymano siedem osób; sześć z nich usłyszało zarzuty. Aresztowano wówczas b. dyrektora CPI MSWiA Andrzeja M., jego żonę oraz Janusza J., szefa firmy podejrzanego o wręczenie mu łapówki za wygraną w przetargu dotyczącym informatyzacji resortu. To oni usłyszeli najpoważniejsze zarzuty - M. i J. dotyczące przyjęcia i wręczenia łapówki w wysokości 211 tys. zł, a żona b. dyrektora - prania brudnych pieniędzy, czyli ukrywania łapówki - grozi za to do 10 lat więzienia.(…)
Podobnej weryfikacji można dokonać, biorąc pod uwagę obecny stan obronności naszego kraju. W świetle aktualnych wydarzeń na Ukrainie jest to niezmiernie istotne. I nie chodzi tutaj głównie o poziom uzbrojenia naszej armii, ile o stopień zdeformowania istniejących do tej pory struktur obronnych.
Cezurą w działaniach, zmierzających do pozytywnych zmian na tym polu były dwa istotne wydarzenia, zmieniające sposób postrzegania zagrożenia zewnętrznego naszego kraju. Pierwszym z nich była agresja militarna Rosji na Gruzję w 2008 roku. Pokazała ona, że błędny jest dotychczasowy sposób myślenia o Rosji, jako kraju przewidywalnym i dążącym do przyjęcia choćby części kultury Zachodu, oraz dążącym do partnerskich relacji polityczno -  gospodarczych z krajami UE i USA. Intencje Rosji trafnie odczytał prezydent Lech Kaczyński.
Drugim , przełomowym momentem był 10 kwietnia 2010 roku, gdy dokonano niewyobrażalnego ataku na polską suwerenność. Moment tragedii smoleńskiej zaważył na dotychczasowej polityce wschodniej i doprowadził do nieodwracalnych, negatywnych zmian  w polityce bezpieczeństwa, a tym samym do osłabienia Polski – zarówno pod względem militarnym, jak również politycznym.
(..) Nasza armia przypomina Urząd Wojska Polskiego, choć się mówi, że jest profesjonalna. Absurdem jest, że żołnierz musi podpisać zgodę na wyjazd na misję. Albo jesteś mundurowym i wykonujesz rozkazy, albo urzędnikiem i wtedy można cię o różne sprawy prosić. Przez takie rozwiązanie prawdziwych żołnierzy kochających pole walki mamy co najwyżej 20 proc.(…)
Gen. Roman Polko

(…)A słabe strony? 
R.Sz - Nie szkolimy rezerw i mamy nisko ukompletowane jednostki, zwłaszcza w wojskach lądowych. Narodowe Siły Rezerwy okazały się niewypałem. Na szczęście Ministerstwo Obrony Narodowej już o tym wie. Zostałem nawet zaproszony do zespołu pracującego nad przekształceniem NSR. Ale jest jeszcze coś. Nastąpiła zmiana systemu dowodzenia siłami zbrojnymi. 
Wyprzedził Pan moje pytanie
R.Sz. - Cóż, prezydenccy eksperci jeszcze w styczniu br. twierdzili, że żadnej wojny w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie i wzięli się do reformowania systemu dowodzenia. Obecnie mamy taki stan, że stary system już nie funkcjonuje, a nowy jeszcze nie. Tymczasem przed nami niebezpiecznie rozwijająca się sytuacja na Ukrainie. Pozostaje pytanie: kto będzie naczelnym wodzem, gdyby coś się stało? 
Źródło : PolskaTimes rozmowa z Romualdem Szeremietiewem
Podsumowanie
I tak, zaczynając od porównań i znaczeń słów doszliśmy do najbardziej istotnych dla polskiego społeczeństwa spraw. Polska staje przed olbrzymim wyzwaniem. Z jednej strony mamy nasilający się konflikt u naszych wschodnich sąsiadów, z drugiej niepewność co do dalszych losów naszego kraju.
Polska jest obecnie bardzo słaba. Kraj funkcjonuje w systemie dalekim od demokratycznego. „Rządzi” nim garstka niekompetentnych, skorumpowanych kacyków partyjnych. Zbliżają się wybory do Europarlamentu. Wybór niektórych kandydatów na parlamentarzystów jest po prostu groteskowy. Obok tzw. „zawodowych polityków” których jedynym osiągnięciem jest „bycie politykiem” i branie za to pensji, nieosiągalnych dla zwykłego śmiertelnika, stają również w szranki „osobistości” ze świata mediów – celebryci i sportowcy.
Za chwilę czekają nas wybory parlamentarne, które odbędą się, niestety, znów według starych zasad. Nie będziemy mieli tak na prawdę wpływu na to kogo wybierzemy, lecz możemy liczyć przynajmniej na zmianę opcji politycznej, która pokazała, że krajem można zarządzać inaczej. Być może dojdzie również do istotnych zmian strukturalnych i prawnych, uwalniających społeczeństwo od kolejnego zniewolenia.
Trzeba mieć również nadzieję, że nie dojdzie do eskalacji konfliktu pomiędzy Rosją a Ukrainą. Dla Polski oznaczałoby to kolejny tragiczny okres w dziejach.

Szansą odbudowy – nie tylko politycznej i systemowej, ale przede wszystkim moralnej jest pogłębianie świadomości społecznej w sprawach dotyczących nas samych – naszego życia, ale także życia innych, których musimy dostrzegać wokół siebie. Bo tylko świadomość życia wspólnotowego tworzy prawdziwie demokratyczne społeczeństwo.

niedziela, 20 stycznia 2013

Armia marionetek


W sieci i innych mediach co rusz pobrzmiewają głosy o możliwości wprowadzenia stanu wyjątkowego w Polsce, jeśli sytuacja gospodarcza i polityczna naszego kraju wymknie się rządowi spod kontroli. O ile ta druga kwestia jest coraz bardziej prawdopodobna, bo sytuacja w Polsce staje się coraz bardziej nieciekawa i kryzysu zaczynają doświadczać środowiska, którego tej pory nie martwiły się zbytnio o przyszłość, o tyle mówienie o jakimkolwiek siłowym rozwiązaniu ze strony rządu jest nie tylko bardzo mało prawdopodobne, lecz również praktycznie niemożliwe. Oczywiście stwarzanie pozorów jest rządowi na rękę, bo pełnią one rolę politycznego straszaka, jednak z „niewielką” różnicą w porównaniu do roku 1980 –tego. Bo w roku 1980, Jaruzelski mógł straszyć społeczeństwo inwazją sowieckich czołgów, a Donald Tusk trzyma w rękawie pistolet na kapiszony i straszy w mediach groźną miną, myśląc, że społeczeństwo przestraszy się zabawki.
Oczywiście nie brakuje takich, którzy histerycznie piszą lub mówią o możliwym stanie wyjątkowym, lecz na pewno część z tych wypowiedzi jest sterowana. A więc nic nowego. Rzeczywistość czerpie z historii sposoby na straszenie, lecz blef w tym przypadku trąci już śmiesznością.
Ten krótki wstęp jest dobrym punktem wyjścia do oceny możliwości naszego kraju na wypadek nagłych wydarzeń które mogą wymusić potrzebę skorzystania z potencjału militarnego. Jednak analiza możliwości w tym zakresie nie pozostawia złudzeń. Jako 40-sto milionowe państwo jesteśmy najgorzej chronieni w całej dotychczasowej historii, od czasu uzyskania niepodległości.
Krótki rys historyczny pokazuje, że nastąpiło tak znaczne osłabienie potencjału obronnego naszego kraju, że jakakolwiek drastyczna zmiana geopolityczna może być dla Polski tragiczna. Mówiąc o chwilowej stabilizacji nie można bowiem zapominać, że choć okres względnego pokoju w Europie trwa dosyć długo, to zdarzają się nieprzewidywalne zmiany, które w niesprzyjających warunkach politycznych mogą prowadzić do konfliktu zbrojnego, którego nie będą w stanie opanować ani unijni, ani rodzimi politycy. Boleśnie przekonała się o tym dawna Jugosławia, a konflikt pokazał, że w sercu Europy i na jej oczach może dochodzić do najbardziej brutalnych zachowań, włącznie z ludobójstwem.
Jak w przeszłości wyglądał potencjał militarny naszego kraju ?
Z ogólnie dostępnych źródeł możemy się dowiedzieć, że niespełna, po trzech latach od odzyskania niepodległości, 31 lipca 1921, stan armii wynosił 20 083 oficerów i urzędników, 1583 chorążych, 248 835 szeregowych. Było to ponad 2,5 razy większe zaplecze osobowe niż obecnie.
Witold Jarno, Okręg Korpusu Wojska Polskiego nr IV Łódź 1918-1939, Łódź 2001, s. 85.
Stan liczebny polskiej armii ulegał oczywiście okresowym wahaniom, lecz w przededniu wojny z hitlerowskimi Niemcami stanowiła ona poważną siłę.
I tak, w dniu 1 marca 1939 r. wojsko i Marynarka Wojenna (bez Korpusu Ochrony Pogranicza) liczyło 282.877 żołnierzy, w tym 17.561 oficerów zawodowych i 368 oficerów rezerwy powołanych na ćwiczenia, oraz 43.384 podoficerów zawodowych, a więc w sumie 344 190 gotowych do walki żołnierzy.
Badania IPN pokazują, że liczba żołnierzy biorących udział w  walkach podczas wojny obronnej w 1939 roku uległa zwiększeniu do 950 000 żołnierzy.
(…) Wojsko Polskie w 1939 r. liczyło 950 000 żołnierzy, z czego przyjmuje się, iż 82 000 zostało po walkach internowanych:
   a) w Rumunii: około 30 000
   b) na Węgrzech ponad 40 000
   c) pozostała liczba na Litwie, Łotwie i w Szwecji.

Według innych danych np. T. Dubicki, Wojsko Polskie w Rumunii w latach 1939-1941, Warszawa 1994, s. 180, liczba internowanych w Rumunii żołnierzy polskich wynosiła 24-25 000. Według danych rumuńskich z 23.09.1939 r. internowanych było 20 845 żołnierzy.
Sumując liczby żołnierzy wziętych do niewoli przez obu agresorów (587 300 + 452 000) otrzymujemy 1 039 800 ludzi a więc więcej, niż liczyło Wojsko Polskie w Kampanii Polskiej 1939 r. Wynika to z umieszczenia w statystykach jako wojskowych internowanych policjantów, urzędników itd. (…)
Oczywiście, biorąc pod uwagę liczebność polskiej armii nie można zapominać o różnicach wyposażenia, w porównaniu ze współczesnością. Nie zmienia to jednak faktu, że 350 000 żołnierzy zaprawionych w walce i wyposażonych w broń strzelecką, artylerię, okręty wojenne stanowi kolosalna przeciwwagę dla 15 tys. nawet najlepiej i najnowocześniej wyposażonej współczesnej grupy bojowej, jak choćby ta która obecnie walczy w Afganistanie i… nie jest w stanie sprostać znacznie gorzej wyposażonemu przeciwnikowi, który stosuje taktykę partyzancką.
Czasy zimnowojenne oznaczały dla Polski rozbudowę potencjału militarnego w myśl sowieckiej doktryny wojennej tamtych czasów i planów najazdu na państwa Europy zachodniej. Z taką armią, opierająca się głównie na żołnierzach z poboru, przyszło generałowi Jaruzelskiemu wprowadzić w czyn plan pacyfikacji społeczeństwa. Jednak nie byłoby możliwości takiej pacyfikacji, gdyby wcześniej nie przeprowadzono neutralizacji opozycji za pomocą sprawdzonych metod stosowanych przez SB. Doskonały opis sytuacji przedstawia film Grzegorza Brauna pt: „Towarzysz generał idzie na wojnę”
Jak przedstawiały się siły polskiego wojska w tym okresie ?
rok 1980
Stan osobowy Frontu (bez wojsk OPK i MW) – 477 tys. żołnierzy. Uzbrojenie: 3334 czołgi (w tym: 2461 T-54/55, 761 T-34/85, 112 czołgów pływających PT-76), 640 bojowych wozów piechoty, 2665 transporterów opancerzonych, 1163 rozpoznawczych samochodów opancerzonych, 24 wyrzutnie rakiet taktyczno-operacyjnych, 43 wyrzutnie rakiet taktycznych, 206 wyrzutni artyleryjskich BM-14 i 21, 1470 dział polowych pow. 122 mm, 654 armaty ppanc. 85 mm, 783 moździerze, 318 wyrzutni przeciwpancernych pocisków kierowanych.
Za prof. dr hab. płk Kajetanowiczem z WOSWL 
(…) W pierwszych dniach stanu wojennego w akcjach odblokowywania strajkujących zakładów pracy (62 zakłady w 24 miastach) wzięło udział ponad 6000 żołnierzy WP wyposażonych w 580 czołgów, 500 bojowych wozów piechoty i 470 transporterów opancerzonych. Według dostępnych danych, w trakcie operacji wprowadzenia stanu wojennego łącznie użyto około 1750 czołgów i około 500 bojowych wozów piechoty. Natomiast do ochrony obiektów użyto około 15 tys. żołnierzy, a do zabezpieczenia linii komunikacyjnych kolejnych 6 tys. Wokół dużych aglomeracji (Warszawa, Gdańsk, Szczecin, Bydgoszcz, Lodź, Katowice, Poznań, Lublin) rozmieszczono około 70 tys. żołnierzy
Tylko w pierwszym tygodniu stanu wojennego funkcjonariusze resortu pozyskali do współpracy 1597 osób. Na koniec pierwszego roku stanu wojennego liczba tajnych współpracowników wzrosła z 35265 na koniec 1981 r. do 45486, by rok później już po formalnym zakończeniu stanu wojennego sięgnąć 55267 osób. MSW prowadziło z ich pomocą na szeroka skalę działalność dezintegracyjna w środowiskach opozycyjnych. Wprowadzając do nielegalnych struktur swych tajnych współpracowników, SB podejmowała kombinacje operacyjne umożliwiające zajecie stanowisk przywódczych lub przynajmniej łączników miedzy ogniwami konspiracyjnymi. Głównym osiągnięciem służb specjalnych PRL w tej dziedzinie było utworzenie "własnej" struktury konspiracyjnej, pod nazwa Międzyregionalnej Komisji Obrony "Solidarności". MKO było sterowane przez osobowe źródła informacji wywodzące się również z czołówki pierwszej "Solidarności".(…)
Źródło : IPN

Jak widać była to poważna siła do walki ze społeczeństwem, jednak nie na tyle duża, by nie trzeba było przeprowadzić działań dezintegrujących opozycję. Okazuje się bowiem, że istniały poważne obawy komunistów, czy wojsko będzie sobie w stanie poradzić w przypadku dobrze zorganizowanego, ogólnokrajowego protestu, Zwłaszcza stosunkowo mała (!) liczebność wojska i jego struktura, oparta na poborze mogła stanowić o niepowodzeniu wprowadzenia stanu wojennego. Tego najbardziej obawiali się komuniści – jedności społeczeństwa i jego poparcia dla Solidarności, nie mówiąc o ewentualnych trudnościach w „zabezpieczeniu” wszystkich strategicznych miejsc w przypadku choćby strajku na masową skalę.
Obawy komunistów były na tyle silne, że zdecydowano o przedłużeniu służby wojskowej rocznikom, które powinny wrócić „do cywila”. Byli to żołnierze, którzy odbyli już dwuletnią służbę wojskową, posiadali doświadczenie, oraz byli przeszkoleni w obsłudze  ciężkiego uzbrojenia np. czołgów. Jeden z moich znajomych miał właśnie w ten sposób przedłużoną służbę w dywizji pancernej, która została przerzucona na Śląsk – wraz z ostrą amunicją.

Niezależnie od wojska, komuniści posiłkowali się również innymi formacjami siłowymi, w których największą i najbardziej negatywną rolę odegrały oddziały ZOMO.

Jak wygląda obecnie sytuacja w wojsku i jaki jest rzeczywisty potencjał obronny polskiej armii ? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, lecz można śmiało powiedzieć, że pomimo stałej reorganizacji, jej stan się pogarsza. Nie wpływają na to pozytywnie tragiczne wydarzenia ostatnich lat – Mirosławiec, Smoleńsk gdzie zginęli najznakomitsi i najbardziej doświadczeni dowódcy. Nie wpływają pozytywnie także posunięcia polityczne i wewnętrzne rozgrywki jak choćby zamieszanie wokół jednostki GROM, czy zapowiedź zmniejszenia stanu osobowego kadry oficerskiej, ograniczanie liczby jednostek wojskowych, brak wymiany przestarzałego uzbrojenia, czy też uzawodowienie armii.

Można śmiało powiedzieć, że obecnie, w przypadku konfliktu zbrojnego, z obcym państwem, polskie wojsko być może byłoby w stanie „zabezpieczyć” na krótki czas jedno województwo, nie zaś cały, rozległy kraj.

Porównanie potencjałów armii :


Artur Bilski „Znikająca polska armia” – fragmenty artykułu z Rz.

(…) W przypadku Polski przytłaczająca większość armii znajduje się w dramatycznej zapaści finansowo- technicznej, wegetując jako rezerwuar siły roboczej dla kontyngentu afgańskiego lub ewentualnie magazyn sprzętu, którego można jeszcze użyć w działaniach misyjnych.(…)

(…) WP posiada obecnie ok. 350 średniej klasy czołgów: 100 Leo-2A4 z niemieckiego demobilu oraz PT-91 Twardy będących modernizacją przestarzałego T-72M. Głównym środkiem transportu polskiej piechoty na polu walki jest zaś archaiczny BWP-1, czyli konstrukcja z lat 50. Polska artyleria natomiast to wystawka eksponatów o zasięgu ognia trzy razy mniejszym od współczesnych systemów artyleryjskich wiodących armii NATO. Reklamowane zaś szeroko kołowe transportery opancerzone Rosomak to pojazdy przygotowane pod operacje ekspedycyjne i współpracę z USA. Nie nadają się jednak do bezpośredniego udziału w walce z regularną armią z racji słabego opancerzenia i marnej siły ognia.(…)

(…) Spójrzmy teraz na polskie lotnictwo. Dzisiaj składa się ono z 48 samolotów F-16C (część z nich znajdzie się niedługo w Afganistanie) o akceptowalnym potencjale bojowym oraz poradzieckich Su-22M4 i MiG-29, które w zdecydowanej większości zostaną niedługo wycofane. Tak więc na kraj wielkości Polski to niewiele (obecnie minimum bezpieczeństwa dla Polski jest określane na ok. 150 takich samolotów, Grecja ma 122 F-16). Co ciekawe, Polska posiada niewiele śmigłowców szturmowych i transportowych, bo stare i zupełnie przestarzałe Mi-24 wykruszają się na misjach w Iraku i Afganistanie.(…)

(…) Dzisiejsza obrona przeciwlotnicza to również skansen oparty prawie w całości na kilkudziesięcioletnich systemach pochodzenia radzieckiego, które będą w użytku maksymalnie do 2020 r. Nawet teraz jednak nie są wiele warte i nie mogą zwalczać na przykład rakiet manewrujących. Rotacyjna obecność jednej, i to w dodatku ćwiczebnej, baterii amerykańskich patriotów jest rzecz jasna żenadą.(…)

(…) Marynarka Wojenna z kolei to najbardziej zaniedbany rodzaj sił zbrojnych, który w zasadzie istnieje tylko wirtualnie, bo jego potencjał bojowy jest znikomy. Po znacznych redukcjach bazuje on obecnie na sprzęcie z demobilu. Mamy do dyspozycji dwie fregaty z pomocy amerykańskiej, ale część ich wyposażenia bojowego nie działa, a jedna robi za rezerwuar części zamiennych dla drugiej, okręty podwodne: cztery typu Kobben – ich wiek zbliża się do 50 lat – i jeden 25-letni ORP „Orzeł”, trzy kutry rakietowe typu Orkan do niedawna bez rakiet, okręt do zwalczania okrętów podwodnych ORP „Kaszub” oraz trochę trałowców i resztki lotnictwa morskiego – to cały potencjał bojowy naszej floty do obrony 500 km wybrzeża.(…)

Tak oto wygląda nasz potencjał obronny na początku XIX wieku. Wracając jednak do początku tego tekstu należałoby się zastanowić nad tym, czy ma to związek z polityką obecnych  władz, polegająca na sukcesywnym osłabianiu Polski. Wydaje się, że całość tej polityki jest nastawiona na podporządkowanie naszego państwa obcym wpływom i jego stopniowej ekonomicznej, politycznej i militarnej wasalizacji. Kolejnym elementem tej polityki, o którym zaczyna się mówić coraz głośniej, jest osłabienie służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo wewnętrzne, poprzez ograniczenie ich uprawnień. Doprowadza się również do pauperyzacji społeczeństwa poprzez nadmierne opodatkowanie, ograniczanie dostępności do leczenia, wprowadzanie rygorystycznych przepisów prawnych i wiele, wiele innych form ograniczania swobód obywatelskich.

Wygląda to na przygotowywanie naszego państwa do jakiejś formy ekonomicznego i politycznego rozbioru, przed którym nasze państwo nie będzie w stanie się obronić. Sygnały, że tak właśnie jest są aż nadto widoczne.

Polakom pozostaje jedynie skuteczny masowy protest, przed którym obecnej władzy nie będzie w stanie obronić marionetkowa armia, czy policja z grup prewencji. Ich jest po prostu za mało. Protest na skalę sierpnia 80, a nawet znacznie mniejszy skutkowałby zmieceniem obecnej ekipy rządzącej ze sceny politycznej. Czy jest to możliwe ? Sądzę, że tak, ale potrzeba do tego ludzi, którzy pamiętają tamte lata i uczestniczyli w przygotowaniu strajków i protestów. Oni potrafili się zjednoczyć i doprowadzić do tego, że władza, dysponująca wtedy znacznie większym „zapleczem” zaczęła się bać. Wtedy jednak straszono nas czołgami. Dzisiaj próbują straszyć pistoletem na kapiszony,