niedziela, 23 grudnia 2012

Prowokacja - narzędzie w rękach władzy


Prowokacja, stosowana od dawna w walce politycznej, przechodzi obecnie nieprawdopodobny renesans. Jej zasadnicze cele nie zmieniły się od czasów istnienia rosyjskiej „Ochrany”. Najłatwiej jest rozbić jedność od środka, za pomocą infiltracji środowiska opozycyjnego wobec władzy przez „odpowiednich” ludzi, którzy postarają się o neutralizację radykalnej myśli, która skutecznie mogłaby pozornie silny „system” rozbić. Bowiem im słabsza jest władza tym bardziej wzrasta zapotrzebowanie na metody „niekonwencjonalne”. Obecne czasy to olbrzymie pole manewru dla tych „historycznych” metod, które dzięki nowoczesnym narzędziom i szybkości wymiany informacji są znacznie skuteczniejsze niż w przeszłości.
Aby jednak zrozumieć, że nic nie powstaje „z próżni”, lecz dzięki ewolucji historycznych metod działania, można posłużyć się wieloma ich przykładami, stanowiącymi analogię do współczesności. Jeśli dodać do tego fakt, że dziesiątki tysięcy funkcjonariuszy bezpieki, w tym także tych, którzy odpowiedzialni byli za szkolenia w zakresie pracy operacyjnej, nagle nie „rozpłynęło się” w powietrzu i nie zmarło po 1989 roku, tylko żyje sobie spokojnie i pracuje dla nowych/starych mocodawców, zupełnie inaczej należy patrzeć na rzeczywistość.
Przykłady lat wcześniejszych przedstawiam w rozmowie, opublikowanej w biuletynie IPN.
(…) Barbara Polak – Ubeków bano się również dlatego, że posługiwali się prowokacją.
Krzysztof Lesiakowski – Pytanie to pojawiło się w kontekście rewolty 1968 r. – jak dalece aparat bezpieczeństwa inspirował niektóre wydarzenia? Czy bezpieka była tylko strażakiem tłumiącym bunt młodzieży? Przeciwny jestem takiemu myśleniu, że za każdym wydarzeniem musiała stać SB.

Ale jest wiele informacji, nie tylko z Marca ’68, na przykład ze stanu
wojennego, które wymagają zbadania, czy nie była to tak zwana kombinacja
operacyjna, czyli szeroko rozumiana prowokacja. Na przykład oficer KW MO w Piotrkowie Trybunalskim pisał wprost, że dzięki pracy operacyjnej udało się pewnego księdza z dużym autorytetem w środowisku opozycji zachęcić do działania w kierunku wyznaczonym przez SB. Przy czym ksiądz ten zachował przekonanie, że działa wyłącznie z własnej inicjatywy. Inny przykład – w wyniku przeprowadzonych „działań specjalnych” (anonimy, ulotki, telefony), jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego, bezpiece udało się zdezintegrować niektóre struktury NSZZ „Solidarność”. Wytworzenie atmosfery nieufności i podejrzliwości o współpracę z SB wśród działaczy ogniw zakładowych i ponadzakładowych „Solidarności” wydatnie osłabiało pracę tych ogniw. Zastanawia mnie też, dlaczego 13 grudnia 1981 r. SB i ZOMO, które w siedzibie ZR NSZZ „Solidarność” w Łodzi pojawiły się pierwszy raz już o godzinie 5 rano, nie zabrały sprzętu poligraficznego czy aparatury nagłaśniającej. Po opuszczeniu budynku przez funkcjonariuszy do siedziby ZR przyszło wielu działaczy łódzkiej „Solidarności”; między innymi drukowano odezwę potępiającą wprowadzenie stanu wojennego i wzywano do strajku generalnego. Przed budynkiem gromadzili się mieszkańcy miasta. Dlaczego z interwencją, która przerwała tę działalność, czekano aż do godziny 13? (…)

(…) Grzegorz Majchrzak  – Jeśli chodzi o łamanie prawa przez polską bezpiekę, to warto przypomnieć, że pion prokuratorski IPN prowadzi wiele śledztw w tej sprawie. Jedno z nich dotyczy działalności Departamentu IV MSW, który zajmował się dezintegracją środowisk kościelnych. Podstawowa trudność polega na tym, że starano się nie zostawiać na papierze żadnych śladów tej działalności. Pion ten nie tylko oczerniał niewygodnych księży, ale zajmował się też niszczeniem mienia, pobiciami i porywaniem ludzi. Znany jest raport nadzwyczajnej komisji sejmowej, która badała działalność MSW w latach osiemdziesiątych (tak zwanej komisji Rokity, od nazwiska jej przewodniczącego Jana Marii Rokity). Przebadała ona 122 przypadki zgonów z lat 1981–1989, co do których istniało przypuszczenie, że są one wynikiem działań funkcjonariuszy MSW. Na 115 spraw, w których komisja ta sformułowała wnioski, w 88 wniosła o wszczęcie, wznowienie lub podjęcie postępowania karnego. Generalna teza raportu komisji z 1991 r. brzmiała następująco: „rzeczywiste usytuowanie ustrojowe MSW w strukturze organów państwa stworzyło system nieodpowiedzialności funkcjonariuszy MSW za popełnione przestępstwa”. Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby kierowca księdza Jerzego Popiełuszki nie uciekł, do dzisiaj snulibyśmy tylko przypuszczenia na temat roli funkcjonariuszy MSW w zabójstwie księdza. Uruchomiono by całą machinę w celu zapewnienia bezkarności sprawcom, jak to miało miejsce chociażby w przypadku zabójstwa Grzegorza Przemyka, gdy winą za śmierć chłopaka pobitego na posterunku milicji na warszawskiej Starówce obarczono pracowników warszawskiego pogotowia. MSW w takich przypadkach uruchamiało wręcz całą machinę mającą na celu zrzucenie odpowiedzialności poza resort, włącznie z doborem „odpowiednich” prokuratorów.

Biuletyn IPN nr 6 (17) czerwiec 2002 r.

Ciekawych przykładów dostarcza analiza metod stosowanych przez Służbę Bezpieczeństwa wobec Kościoła. Tak mówi o tym Jan Żaryn :

(…)Kościół też był świadom, że istnieje zagrożenie penetracji agenturalnej, ale wiedział również, że na razie to syzyfowa praca drugiej strony. Zachował się raport – pisany prawdopodobnie przez bp. Antoniego Baraniaka – skierowany do Stolicy Apostolskiej po śmierci prymasa Augusta Hlonda (zmarłego w październiku 1948 r.), w którym hierarcha ten ocenia stan Kościoła na początek 1949 r.
Pisał w nim, że urzędy bezpieczeństwa próbują wejść na teren kościelny,
ale na razie hierarchia i duchowieństwo są zwarci, nie poddają się Urzędowi
Bezpieczeństwa.
Ta sytuacja zmieniła się po marcu 1949 r., kiedy UB wprowadziło równolegle dwie strategie walki z Kościołem. Pierwsza polegała na budowaniu agentury – rezydent, agent, informator – której zadaniem było między innymi przeniknięcie do struktur, by następnie stanowić zaplecze potrzebne do ewentualnego przechwycenia ważnych stanowisk w Kościele. Drugą było prowadzenie działalności nazwanej później działalnością dezintegracyjną, realizowanej w kuriach, zakonach i gronie świeckich pracowników Kościoła.
Andrzej Grajewski ocenia, że w latach pięćdziesiątych do działalności agenturalnej zwerbowano mniej więcej tysiąc księży. Działalność dezintegracyjną w latach siedemdziesiątych wkomponowano w zadania Grupy „D” Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, od 1977 r. będącej osobnym VI Wydziałem tego departamentu. W rzeczywistości, co najmniej od początku 1949 r., istnieje w aktach UB i kościelnych przekazach bardzo dużo informacji na temat takiej właśnie działalności funkcjonariuszy UB, których zadaniem była prowokacja, tworzenie atmosfery ośmieszającej Kościół i duchowieństwo, próby zastraszania, zabójstwa czy skrytobójstwa.
Na przykład – bodaj wiosną 1949 r. podczas wizytacji biskupiej administratora apostolskiego Dolnego Śląska ks. Karola Milika całą ulicę, na której wierni ustawili tradycyjne bramy powitalne, wylano fekaliami. Kilkakrotnie usiłowano zamordować młodego prymasa Stefana Wyszyńskiego, po raz pierwszy w trakcie trwania ingresu. Gdy w latach sześćdziesiątych do Polski przyjechał po raz pierwszy ks. Agostino Casaroli, nie docierało do niego wiele informacji dotyczących stanu Kościoła w Polsce z wyjątkiem jednej, że prawie wszyscy polscy biskupi mieli wypadek samochodowy.(…)

Biuletyn IPN nr 1 (24) styczeń 2003r.

W 1963 roku wprowadzono dwa akty normatywne regulujące w sposób systemowy zagadnienia ewidencyjno – dokumentacyjne związane z działalnością  Kościoła oraz poszczególnych duchownych. Pisze o tym Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski :

(…) Odtąd podstawową formą działań operacyjnych podejmowanych przez bezpiekę przeciwko Kościołowi w Polsce były tzw. teczki operacyjne na księdza, parafie i biskupa. Prowadzone według ustalonych jednolitych zasad, umożliwiały SB permanentne monitorowanie życia oraz poczynań wszystkich bez wyjątku duchownych, od chwili wstąpienia do seminarium lub zakonu, aż do śmierci, bądź wystąpienia ze stanu kapłańskiego. Wiedza ta służyła bezpiece do podejmowania działań dezintegracyjnych i dezinformacyjnych wśród duchownych oraz w środowiskach związanych z Kościołem katolickim, co w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych należało do kanonu pracy operacyjnej. Nie ulega również wątpliwości, że materiały gromadzone we wspomnianych teczkach stanowiły dogodny punkt wyjścia w typowaniu kandydatów do werbunku (…)

Ks. Tadeusz Isakowicz- Zaleski „Księża wobec bezpieki” Wyd. Znak Kraków 2007r.

Przykłady można oczywiście mnożyć. Nie zmienia to jednak faktu, że  dokumentacja znajdująca się w zasobach archiwalnych IPN  jest dowodem na istnienie systemowej formy stosowanych przez bezpiekę metod dezinformacji, dezintegracji i prowokacji, które niewątpliwie, wraz z ludźmi tego systemu zostały przeniesione do czasów po 1989 roku i służą, nieco jedynie zmodyfikowane, do tych samych celów.

Wyobraźmy sobie grupę ludzi, tworzących jakąś organizację, stanowiącą opozycję dla władzy. Opozycja dąży oczywiście do tego, aby zwiększać ilość swoich członków i sympatyków, ale przez to naraża się coraz bardziej na infiltrację przez wszelkiego rodzaju prowokatorów, agentów wpływu, a także tych, którzy zamierzają osiągnąć osobiste korzyści kosztem pozostałych „ideowców”.
Służba Bezpieczeństwa PRL doskonale zdawała sobie sprawę ze skuteczności prowokacji i manipulacji. Łatwiej jest przecież sterować zachowaniami ludzi i naprowadzać ich na „właściwą drogę” stosując metody, których przeciwnik się nie spodziewa, niż ujarzmiać ich metodami niosącymi przemoc, wobec których człowiek najzwyczajniej się buntuje. Owszem, przemoc może mieć swoje uzasadnienie, gdy „system” jest na tyle silny, że może za pomocą „zwyczajnego” terroru panować nad wszelkimi objawami obywatelskiego nieposłuszeństwa. Ale do tego potrzebna jest armia aparatu przemocy – kosztowna i trudna do kontroli, a w niektórych przypadkach zwracająca się przeciwko swojemu mocodawcy, gdy tylko poczuje jego słabość.
Współczesne państwo polskie pozbawione jest „aparatu przemocy” w skali porównywalnej do lat PRL-u. Niedobitki Służby Bezpieczeństwa zajęły się pomnażaniem ukradzionych pieniędzy, lub przeszły na „zasłużone” emerytury.  Do dyspozycji obecnej władzy pozostali jednak jeszcze  funkcjonariusze szkoleni jeszcze w ZSRR, oraz ci, którzy w zamian za obiecane od władzy profity, zdecydowali się na działania na rzecz konserwowania „układu”.  Pozostali również„dyspozycyjni” politycy, dziennikarze, publicyści, biznesmeni, naukowcy, sędziowie, prokuratorzy i urzędnicy, którym obecna sytuacja polityczna gwarantuje niezmieniony status materialny, wraz z ukryciem ich „grzeszków” z przeszłości, lub dawnych koneksji z PRL-owskim aparatem terroru. Wielu z nich, oczywiście, wypiera się jakichkolwiek powiązań z niewygodną przeszłością i jest im tym łatwiej, że dla części z nich nie istnieją, lub zostały zniszczone wszelkie materialne jej dowody. Inni, których „działalność” pamiętają sąsiedzi lub znajomi, mają na tyle silną pozycję materialną, społeczną lub zawodową, że mogą sobie pozwolić nie tylko na publiczne zaprzeczanie faktom, ale także są w stanie oskarżać tych, którzy mówią o nich prawdę. Przykład Krzysztofa Wyszkowskiego i jego procesu z Lechem Wałęsą, tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie „Bolek” jest aż nadto wymowny.
Obecne przejawy infiltracji środowisk prawicowych, a także działań zbieżnych i podobnych do tych z czasów PRL-u są bardzo wyraźnie widoczne. Oczywiście „sprawcy” nie działają w sposób toporny i bezpośredni, lecz posługują się metodami pośrednimi, które nie tylko mogą zapewniać im anonimowość, lecz sprawiają także, że inni wykonują za nich „brudna robotę” w sposób mniej lub bardziej świadomy. Współcześni „agenci wpływu” których bardzo trudno zidentyfikować, muszą być dobrymi psychologami, aby skutecznie manipulować świadomością i działaniami  innych. Nie jest to jednak aż tak trudne, jeśli ma się pojęcie o naturze zachowań społecznych.
Prowokacja ma na celu wykreowanie określonych zachowań w taki sposób, aby osoby do nich prowokowane nie tylko nie wiedziały, że są przedmiotem takich działań, ale również aby myślały, że działają w pełni świadomie, zgodnie z własnym poczuciem wartości, zaś podejmowane decyzje są samodzielne.
Przykład pierwszy – tutaj , co prawda ujawnione zostaje źródło manipulacji, lecz zanim to się staje, gromadzi ono wokół siebie grono sympatyków stanowiące samodzielny niezidentyfikowany tłum osób, bezwiednie i bezkrytycznie szerzących ideę podsuniętą przez innych. Pisałem o tym w pierwszym tekście na Pomnik Smoleńsk pt „Dwie strony księżyca”.  Historia rozpoczyna się od stworzenia wizerunku własnej osoby. Odpowiednie hasła i medialny PR, charakteryzujące znanego blogera jako osobę o wyraźnym światopoglądzie, utrwalane są szeregiem tekstów, przynoszących rosnącą popularność i poczytność. Gdy pozycja ta zostaje utrwalona i bloger staje się odpowiednikiem „guru” dla niektórych, a dla innych co najmniej osobą, z której zdaniem należy się liczyć, rozpoczyna się misterna praca nad podniesieniem swojej pozycji już nie tylko w kręgu czytelników, lecz również naukowców, polityków, dziennikarzy i poważnych publicystów. Powoli tworzona jest teoria, do której dobudowywane są kolejne elementy. Wszak cel jest bardzo ważny i dla kilkudziesięciu tysięcy czytelników człowiek ów staje się niemal wyrocznią w sprawie prowadzonej równolegle przez Zespół Parlamentarny. Im bardziej zawiłe są rozważania, tym lepiej. Ilość materiałów i skala problemu przekracza percepcję jednego człowieka  - może z wyjątkiem autora bloga, który konsekwentnie prowadzi tłum poprzez wszystkie zawiłości. I gdy już wydaje się, że cele takiego działania są zbieżne z tym co robi tzw. „czynnik oficjalny” , a więc celem wydaje się poznanie prawdy, następuje frontalny atak. Okazuje się, że wielomiesięczne „śledztwo blogerów” miało na celu zdezawuowanie prac Zespołu Parlamentarnego oraz atak personalny na jego członków.
Przykład drugi – zbliżają się wybory samorządowe. Partia opozycyjna z mozołem buduje swój wizerunek i stara się o poparcie jak największej części społeczeństwa. Jednak jedna z posłanek partii decyduje się w tym momencie na publiczną krytykę sposobu  jej zarządzania. Kończy się to wyrzuceniem posłanki z partii. Wraz z nią odchodzą inni, tworząc później nowe ugrupowanie polityczne.
Niby nic. Rzecz w polityce normalna. Ludzie przychodzą i odchodzą. Lecz w tym przypadku nastąpiło wyraźne osłabienie partii opozycyjnej w przeddzień wyborów samorządowych. Czy była to prowokacja ? Odpowiedzi należy szukać w zachowaniu posłów, którzy zdecydowali się odejść za zwolnionymi dyscyplinarnie posłankami, oraz w tym, że Elżbieta Jakubiak i Joanna Kluzik –Rostkowska zbyt dobrze znały prezesa swojej partii, by nie wiedzieć jakie będą konsekwencje publicznie wyrażonych słów krytyki wobec partii, którą stworzył. Lecz trzeba również zauważyć inne fakty – spotkanie Kluzik –Rostkowskiej z Leszkiem Millerem przy kawie, oraz późniejsze przejście tej posłanki do Platformy Obywatelskiej,  co sama Elżbieta Jakubiak nazywa „wbiciem noża w plecy” PJN. :
(…)Wbiła nam nóż w plecy, mówię to pierwszy raz. Joanna zabrała nam szansę obecności w parlamencie i doskonale o tym wiedziała. Po jej odejściu, było nas o jedną osobę za mało, by tworzyć klub poselski. Kupiono ją tylko po to, by nas nie było. To brutalne ale prawdziwe. (…)
            Czy można nazwać przypadkiem zbieg tych wszystkich wydarzeń i nagłe osłabienie partii opozycyjnej w przeddzień wyborów samorządowych ?
Podobny scenariusz występuje również później. Wiceprezes PiS Zbigniew Ziobro opuszcza partię i tworzy nowe ugrupowanie polityczne . Tak pisze o tym wydarzeniu poseł Mariusz Błaszczak :
(…)To nie są debiutanci polityczni i ich wystąpienia na dzisiejszym posiedzeniu komitetu politycznego wskazują na plan powstania własnej formacji politycznej. Nie liczę więc już na to, że do PiS powrócą. Mówią o jedności prawicy, a w rzeczywistości działają na jej rozbicie. To jest zła droga. To jest sytuacja, która kieruje wiatr w żagle takich ugrupowań jak Ruch Palikota. Jedność, spójność, wspólny cel prawicy to jest jej siła. Dziś panowie Ziobro, Kurski czy Cymański działają tak, jakby te wartości nic dla nich nie znaczyły. Pragmatyzm polityczny zwyciężył z ideą. To jest smutny wniosek z ich działania.(…)
Przykład trzeci – media. Tutaj, aby zrozumieć właściwie intencje takiej lub innej polityki redakcyjnej nie wystarczy przeczytać teksty, które pojawiają się w prasie lub mediach elektronicznych. To, że profil wydawnictwa sugeruje iż chodzi o niezależność, prawdę, możliwość swobodnej dyskusji i wymiany opinii nie oznacza, że tak jest w istocie. Ważną wskazówką jest to, kto zarządza lub kto daje pieniądze na działalność. Odkrycie tych prostych zależności niejednokrotnie sprawia, że zaczynamy krytycznie oceniać takie wydawnictwo, bo nie może być mowy o niezależności, lub obiektywności, gdy twórcy lub właściciele portali i wydawnictw są uwikłani nie tylko w przeróżne „gierki” polityczne, ale często okazuje się, że ich powiązania „biznesowo – towarzysko – rodzinne” sięgają tam, gdzie daleko do wolności słowa, a bliżej do twardych realiów politycznych. Analiza tych powiązań, krok po kroku, pozwala później na ocenę, czy rzeczywiście intencje są „czyste” czy też chodzi o zwyczajny koniunkturalizm, połączony przy okazji z manipulacją i prowokacją, w celu osiągnięcia zupełnie innych celów niż te, o których tak głośno media te mówią i piszą.
Trzeba również zwrócić uwagę, że umiejętnie podsycane emocje, choćby za pomocą „gorących newsów” odgrywają nie tylko rolę marketingową. Pozwalają bowiem na identyfikację nastrojów społecznych, oraz co gorsza, mogą przyczynić się do identyfikacji środowisk, a także konkretnych osób, które  rejestrują się na portalach mediów internetowych i piszą swoje opinie w komentarzach nieświadome, że ich dane osobowe mogą być gromadzone i wykorzystane.
W czasach PRL, Służba Bezpieczeństwa zbierała informacje o osobach z opozycji. Nie byłoby tylu aresztowań i mordów, gdyby nie skutecznie prowadzona inwigilacja środowisk niepodległościowych i stworzenie list „niepokornych” wobec władzy.
Teraz jest łatwiej. Metody są unowocześnione. Nie trzeba już tylu agentów i konfidentów, którzy podsłuchując rozmowy prowadzone w knajpie, poszukiwali „ wrogów ludu”. Teraz wystarczy się zarejestrować w niewłaściwym miejscu, podać swoje dane osobowe , zalogować się na portalu i napisać kilka nieprzychylnych wobec władzy komentarzy. Szansa, że nasze nazwisko znajdzie się na liście „niepokornych” jest bardzo duża. Ktoś, kto myśli, że obecne służby nie mają możliwości technicznych stworzenia bazy danych użytkowników konkretnego portalu jest albo naiwny, albo jego wiedza techniczna sprowadza się do znajomości konstrukcji młotka…
Najbardziej jaskrawe przykłady, porównywalne do działań operacyjnych PRL-owskiej bezpieki są dość łatwe do zidentyfikowania. Walka z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, gdzie doszło do brutalnego i barbarzyńskiego zbeszczeszczania symboli religijnych jest paralelą wylania nieczystości na ulicę podczas  uroczystości przywitania ks. Karola Milika w 1959 roku.
Brutalne ataki na Kościół i opozycję przez „człowieka znikąd” powiązanego z funkcjonariuszami departamentu IV, biznesmena o postkomunistycznych koneksjach i czołowego aparatczyka quasi partii , Janusza Palikota są bardzo zbliżone w swojej formie do wytycznych opracowanych na potrzeby walki z Kościołem przez animatorów spod znaku SB .
Sprawa senatora Piesiewicza , będącego oskarżycielem posiłkowym w procesie o zabójstwo Ks. Popiełuszki nosi znamiona typowej SB-ckiej prowokacji – ofiara nie zadawała sobie sprawy z tego, że jest nagrywana. Wykorzystano przy tym ludzką słabość senatora i skutecznie wyeliminowano go z przestrzeni publicznej, narażając na ośmieszenie i proces karny.
Należy się zastanowić, czy wszelkiego rodzaju „walki partyjne” pomiędzy różnymi ugrupowaniami politycznymi nie są inspirowane przez trzecią, niewidoczna siłę, która ma niesłychanie silny wpływ na zachowania polityków różnych opcji. To samo dotyczy dziennikarzy, których łatwo również trzymać „na smyczy” dzięki finansowemu szantażowi. Brak prawdziwej lustracji po 1989 roku sprawił, że grupy interesu powiązane z dawnymi służbami PRL zachowały swoje dawne nieformalne struktury i wpływają na rzeczywistość polityczną, dzięki finansowemu wzmocnieniu, tzw. hakom na niektórych prominentnych polityków i stale doskonalonym metodom gry operacyjnej.
Prawdziwym ewenementem jest sytuacja, w której służbom udało się doprowadzić do tego, że  z trzech kolejnych prezydentów „niepodległej” Polski, pierwszy był komunistycznym zbrodniarzem, a dwóch następnych tajnymi współpracownikami SB.  To świadczy o sile oddziaływania środowisk powiązanych z bezpieką na politykę i polityków.
W  chwili obecnej nie można właściwie nawet mówić o jakimkolwiek sporze polityczno – doktrynalnym pomiędzy największymi partiami parlamentarnymi, gdyż w znacznej mierze jest to spór sterowany. Można zauważyć przecież, że środowiska tych partii na gruncie samorządowym nie toczą tak zażartych batalii i często dochodzi do porozumień pomiędzy nimi w sprawach o mniejszej wadze politycznej. Zupełnie inna sytuacja panuje tam, gdzie tworzy się prawo powszechne, czyli  w sejmie. Tu nie ma miejsca na porozumienie, bowiem obecna władza, z reprezentującym go rządem, a także obecny prezydent zbyt mocno związani są z ludźmi „układu”, dla których „pracują” od czasu „nocnej zmiany”, a prawdopodobnie część z nich również znacznie dłużej.
Obecny rząd stanowi doskonałą przykrywkę i zaplecze polityczne dla tych, którzy chcą pozostać w cieniu, czerpiąc konkretne z tego korzyści – również dzięki temu, że konstrukcja prawa umożliwia im takie działania, a dyspozycyjni prokuratorzy dają gwarancję na bezkarność nawet wtedy gdy popełnią poważne przestępstwo.
Prowokacja i dezinformacja, w połączeniu z infiltracją środowisk opozycyjnych  to doskonała broń, unowocześniona o nowe metody propagandy i medialnego kłamstwa. Społeczeństwo polskie dotarło tym samym do punktu wyjścia, tak samo jak przed 1980 rokiem, z tą różnicą, że teraz przeciwnika znacznie trudniej zidentyfikować. Jedyną metodą takiej identyfikacji wydaje się uważna analiza wydarzeń i odniesienia do historii, która lubi się powtarzać i niestety coraz więcej wskazuje na to, że właśnie tak jest.
Prowokacja na Marszu Niepodległości w 2011 roku, podczas którego spalony został wóz transmisyjny telewizji TVN nie była niczym nowym. Podobna sytuacja miała miejsce 20 października w Katowicach. Związkowcy Solidarności chronili przed podpaleniem przez prowokatorów SB, milicyjną Nysę, a także  milicjantów zamkniętych na posterunku i nawoływali do powstrzymywania się od agresji , także słownej wobec nich.
Czyli… wszystko już było…





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz