czwartek, 25 października 2012

Smoleńsk - niebezpieczna prawda.



Pierwsza konferencja smoleńska, z udziałem wybitnych naukowców, wielu dziedzin nauki, przeszła już do historii. Jej waga została jednak perfidnie przemilczana przez media głównego nurtu, zaś krótkie wzmianki na tradycyjnie „niechętnych” dążeniu do prawdy portalach ograniczyły się do krótkiej konkluzji, oderwanej od całościowego aspektu tej kilkunastogodzinnej debaty, której znaczenie zapewne przerasta poziom pojmowania większości niedouczonych i niechętnych drążenia tematu dziennikarzy.

Portale mają również tą specyfikę, że pod każdą informacją jest miejsce na pisanie komentarzy. Jakie to jednak mogą być komentarze, łatwo się domyślić, zwłaszcza, jeśli powszechnie stosowaną praktyką jest stosowanie „autopromocji” kłamstwa, poprzez stałą współpracę zawodowych „bytów internetowych” które z całą mocą próbują zdyskredytować prawdę.

To nie są zwykłe „debile” jak często chcą sobie wyobrażać ci, którzy przeciwstawiają się ordynarnym kłamstwom i chamstwu „zawodowych komentatorów”. Ta zajadła walka słowna pod tekstem informacyjnym ma służyć odciągnięciu uwagi od spraw istotnych, oraz ma pokazać, że nadal istnieje wyraźna polaryzacja poglądów w sprawie przyczyn tragedii smoleńskiej.

Ta polaryzacja jest sztuczna bowiem żaden rozsądny człowiek, który ma przynajmniej średnie wykształcenie, umie korzystać z wiedzy przyswajanej z Internetu, zakładając, że nie jest psychicznie chory, nie jest już w stanie podważyć ustaleń Zespołu Parlamentarnego, wspartego pomocą naukowców polskich i międzynarodowych.

Można więc śmiało uznać, że każdy komentarz, który podważa dotychczasowe ustalenia jest celowym działaniem osób współpracujących z tymi, którzy prawdę smoleńską chcą ukryć. I trzeba w końcu wyraźnie powiedzieć, że osoby, piszące ewidentne brednie na portalach Wyborczej, TVN, Onetu, Interii, RMF FM itd. oraz próbujące siać podobny ferment na niektórych niezależnych portalach, robią to z pełną świadomością stwarzanej przez siebie manipulacji i kłamstwa „na zamówienie”

Jeszcze do niedawna, zanim dostępna wiedza umożliwiła sformułowanie jednoznacznych wniosków o przebiegu „katastrofy”, bardzo trudno było obronić jakąkolwiek rozsądną tezę o jej prawdziwych przyczynach. Zawodowi kłamcy i manipulatorzy mieli przez to ułatwione zadanie. Można było zarzucić przestrzeń medialną tysiącami pseudoteorii. Jeśli ktoś chciał, mógł bez przeszkód stworzyć „materiał” alternatywny dla ustaleń oficjalnych. Podważanie prawdy odbywało się systemowo, a stwarzane teorie robiły ludziom wodę z mózgu. Tych „teorii” na przestrzeni ostatnich dwóch lat namnożyło się sporo. Jedne z nich były całkowicie nielogiczne i przeczyły nie tylko faktom, ale również logice i zdrowemu rozsądkowi. Inne były bardziej perfidne, bowiem w zawoalowany sposób usiłowano zdyskredytować prace Zespołu Parlamentarnego poprzez rzekomą próbę obiektywnej i niezależnej oceny zdarzenia, w którą to ocenę zostali „włączeni” nieświadomi manipulacji uczestnicy i blogerzy.

Jednak prawda ma to do siebie, że potrafi obronić się sama. Łatwo było „naśmiewać się” z tych, którzy od początku mówili o scenariuszu wydarzeń zgoła innym od ustaleń „rosyjskich specjalistów”, czy też „polskiej” komisji Millera,  bo zdrowy rozsądek i logiczne myślenie nie zastąpi naukowego autorytetu, ani twardych, niepodważalnych dowodów, które stopniowo zaczęły się dopiero pojawiać.

Konferencja Smoleńska stanowi przełom w dotychczasowych działaniach, zmierzających do odkrycia prawdziwych przyczyn tragedii. Fakt uczestnictwa w niej naukowców – praktyków wytrąca argumenty wszystkim tym, którzy próbowali mniej świadomym odbiorcom treści medialnych wmówić, że „ziemia jest płaska”.

Dopóki wszelkie próby wyjaśnienia przyczyn tragedii opierały się na dowodach pośrednich, jakimi były wszelkiego rodzaju analizy danych, lub symulacje komputerowe, nawet te, wykonane z należytą starannością i zachowaniem odpowiedniej metodologii, dopóty trwały w najlepsze próby zdyskredytowania tych ustaleń, co wcale nie było takie trudne, dla kogoś, kto dysponuje odpowiednią wiedzą w zakresie podstawowych problemów techniki i ma odpowiednie zaplecze medialne do szerzenia swoich trudno – weryfikowalnych teorii.

 Przykładem takiego antynaukowego podejścia jest choćby „naukowiec” i pilot amator Paweł Artymowicz, który zapewne nie przez przypadek został upoważniony do działań, mających na celu dyskredytację prof. Wiesława Biniendy.  Próba dyskredytacji była wielopłaszczyznowa, bowiem nie ograniczała się jedynie do „naukowego” podważania przeprowadzonych przez prof. Biniendę badań i symulacji, ale również do personalnych, anonimowych ataków na profesora w miejscu jego zatrudnienia.

Oczywiście o wiele trudniej jest odeprzeć taki atak, jeśli po przeciwnej stronie działają siły przygotowane „zawodowo” do niszczenia ludzi w taki sposób, niż jeśli są to tylko złośliwi użytkownicy Internetu, będący przy okazji członkami młodzieżówek partii rządzącej. Bo tacy „użytkownicy” nie będą pisać anonimowych paszkwili do władz uczelni. Te metody zarezerwowane są dla „zawodowców”.

Piszę o tym nie przez przypadek, bo metoda zastraszania naukowców poprzez „anonimowe maile” znalazła również zwoje zastosowanie w przypadku prof. Kazimierza Nowaczyka, a dodatkowo w tym przypadku miały również miejsce inne niepokojące wydarzenia związane ze zdrowiem pana profesora – być może będące zbiegiem okoliczności, ale w przypadku tak poważnej sprawy jak teza o zamachu w Smoleńsku, nie można wykluczyć innych, bardziej „celowych” okoliczności.

I jakby na potwierdzenie tezy o „przyczynowości” takich działań, w drugim dniu Konferencji Smoleńskiej, profesor Jan Obrębski publicznie oznajmia, że jego osoba stała się obiektem ataku. Słowa o „dzikiej dyskusji agenturalnej, na „skrzynce internetowej” profesora Obrębskiego, oraz o próbie storpedowania Konferencji Smoleńskiej i podejrzenie iż podczas pierwszego dnia konferencji na sali obecni byli „agenci” są poważnym sygnałem, że następuje przełom w dotychczasowych ustaleniach, zaś ciężar dowodów zbrodni staje się coraz większy.

I nie można tutaj nie zauważyć „przedziwnego” splotu okoliczności zbiegu czasu konferencji z publikacją drastycznych zdjęć ze Smoleńska, nagłym „zaniemówieniem” mainstreamowych mediów w sprawie konferencji, oraz innymi niepokojącymi faktami, o których naukowcy, obecni na konferencji nie powiedzieli, lecz dali jasno do zrozumienia, że gra idzie o najwyższą stawkę.

Nie przez przypadek profesor Obrębski mówi o agenturze publicznie, nie jest tez przypadkiem umieszczenie materiałów konferencyjnych na prywatnej stronie internetowej jednego z uczestników:
(…)Decyzją Komitetu Organizacyjnego z dnia 3.09.2012 pliki istniejące wcześniej na tej stronie zostały przeniesione na prywatną stronę członka Komitetu Organizacyjnego prof. dra inż. Chrisa Cieszewskiego (…)

Nie jest wreszcie przypadkiem ukrycie jednego z najbardziej wartościowych dowodów eksplozji mogącego stanowić Corpus delicti prowadzonego postępowania i być tym dla wyjaśnienia przyczyn tragedii smoleńskiej, czym było znalezienie fragmentów układu elektronicznego, stanowiącego fragment bomby, która spowodowała tragedię w Lockerbie.

Można przypuszczać, że w chwili obecnej, po ujawnieniu tego i wielu innych , pośrednich dowodów zbrodni rozpoczęto przygotowania do ostatniej fazy akcji wrogich służb. Niektórzy komentatorzy piszą jednak o  zbyt przedwczesnym przedstawieniu wniosków naukowców. To błędne myślenie. Być może, publiczne wystąpienie profesora Obrębskiego, przedstawienie swojej opinii i kluczowego dowodu, oraz publiczne podzielenie się obawami, związanymi z działalnością agentury po prostu uratowało mu życie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz