sobota, 2 czerwca 2012

WPADKI..



Kolejny dzień upływa na roztrząsaniu wpadki Baracka Obamy. Roztrząsa się ten temat w telewizji, radiu, prasie, na portalach internetowych. A mnie nachodzi refleksja, taka sama zresztą jak zawsze wtedy, gdy schemat podbijania oglądalności newsa jest taki sam – nudny i przewidywalny.

Mamy oto przykład kolejny. Barack zalicza „wpadkę”, a szefowie mediów zacierają ręce, bo drastycznie wysoko podnosi im się poziom oglądalności. Im bardziej nadmuchany jest balon, tym więcej pieniążków spływa od reklamodawców. „Temat dnia” eksploatuje się jak najdłużej, choć prawdę mówiąc , jeśli spojrzeć na ten akurat temat w obiektywny sposób, to jest on wart najwyżej niewielkiej wzmianki, o lapsusie głowy państwa, podczas jednej z bardzo wielu uroczystości, w których prezydent brał udział.

Lapsus popełnia lewacki prezydent, który za chwilę zapewne przejdzie do historii, a za kilka lat większości będzie kojarzyć się tylko z tym, że miał inny kolor skóry i był jednym z gorszych prezydentów w historii USA. Oczywiście dla nas, Polaków uroczystość podczas której głowa państwa niefortunnie mówi o polskich obozach śmierci , oraz samo „stwierdzenie” jest sprawą bardzo ważną. Tego oczywiście nie można „puścić płazem” i udawać, że nic się nie stało. Lecz dobudowywanie do całej historii całego szeregu interpretacji zachowania Baracka Obamy, lub próby udowadniania, że „lapsus” ten sprawi iż „świat w końcu się dowie, ja było naprawdę” a to dzięki temu, że „sprawa” będzie nagłośniona (no, bo to przecież PREZYDENT AMERYKI popełnił błąd) jest, niestety naiwne.

„Cywilizowany” świat tworzą w większości takie same lemingi, jakich pełno i w naszym kraju.  Mało kogo obchodzą „obozy śmierci”. Nieważne czy w Polsce, Rosji, czy w innym kraju. A jeszcze mniej osób docieka, kto był sprawcą zbrodni przeciwko ludzkości….

Wiedza historyczna nie jest bowiem domeną mediów, tylko właściwie prowadzonej edukacji historycznej, której niestety brakuje w tzw. wysoko rozwiniętych krajach, czego dobitnym przykładem jest właśnie „pomyłka” Baracka Obamy.

Martwi mnie jednak co innego. Zrozumiałe jest, że media żyją z takich wpadek i jest to dla nich dobra okazja do podreperowania finansów, lecz o dziwo media polskie nie nagłaśniają w taki sam sposób innej wpadki prezydenta USA, znacznie poważniejszej i niosącej ze sobą uzasadniony niepokój.
Mowa tu oczywiście o niewyłączonym mikrofonie podczas rozmowy Obamy z Miedwiediewem, podczas której padły słowa, po których zdrowo myślącemu człowiekowi włos się na głowie powinien zjeżyć.  Jak bowiem porównać wystąpienie w którym prezydent USA ewidentnie nie przygotował się do uroczystości, zlecając przygłupiemu doradcy napisanie tekstu, który odczytywany był na prompterze, z „załatwianiem na boku” interesów z prezydentem Rosji.

Przywodzi mi to na myśl scenę z „Nocnej zmiany” w której Donald mówi coś do kolegi Waldka, podczas spotkania u Lecha… Jak widać, polityków „dzielą” najczęściej słowa wypowiadane „na wizji”, lub podczas kampanii wyborczej.  Prywatnie ich relacje zwykle są bardziej koleżeńskie…

Tych relacji jednak nikt nie próbuje nagłaśniać i jakoś nie spotkałem się z pogłębionymi komentarzami politologów i innych medialnych mędrców, a także polityków i dziennikarzy, którzy kilka dni z rzędu, we wszystkich stacjach telewizyjnych i radiowych, a także w setkach komentarzy w prasie i w internecie roztrząsaliby tą niesłychaną „wpadkę” prezydenta USA, będącą sygnałem dla całego świata, że polityka powraca do cichych układów, które niewiele wspólnego mają z reprezentowaniem interesów społeczeństwa, a bardziej kojarzą się z rozmową Mira i Rycha. Jak widać nie jest to tylko polska specjalność.

A jeśli już pochylić się nad samym tematem kłamstwa, lub przejęzyczeń i ich konsekwencjom, oraz faktem, że największe z nich zostają przez media przemilczane, zacytuję tutaj korespondencję, opublikowaną na blogu  Ks. Isakowicza –Zaleskiego. Ciekawy jestem, jak wiele osób zdaje sobie sprawę, że  czasie, gdy słabo wykształceni politycy popełniają niezamierzone i po prostu głupie gafy, trwa w najlepsze permanentne zakłamywanie naszej historii przez innych naszych „przyjaciół”

(…)Nacjonaliści ukraińscy znów fałszują ludobójstwo na Wołyniu   2011-09-29
Korespondencja z Kijowa.
Nacjonalistyczny historyk ze Lwowa, szef archiwum SBU za rządów prezydenta Wiktora Juszczenki – Wołodymyr Wiatrowycz ostro skrytykował na stronie zachodnioukraińskiej agencji informacyjnej „Zaxid.net” polskich historyków, w tym i Grzegorza Motykę, za niby to fałszowania historyczne w sprawie rzezi banderowskich na Wołyniu w 1943 roku. Zdaniem Wiatrowycza, trzeba mówić o polsko-ukraińskiej wojnie, a nie o rzeziach dokonanych przez UPA. Dlatego w tym kontekście, trzeba zaczynać od morderstw Polaków dokonanych na Ukraińcach na Chełmszczyźnie, a potem w 1947 roku podczas Akcji „Wisła”. Wiatrowycz próbuje zdementować tezę Motyki, iż morderstwa UPA miały oznaki ludobójstwa, bo to była wojna Ukraińców z Polakami, a nie żadne tam rzezie. A jeśli nawet określić akcje UPA ludobójczymi, to wtedy, zdaniem Wiatrowycza, ludobójstwem trzeba określić także morderstwa Polaków, dokonane na Ukraińcach na Chełmszczyźnie w okresie II wojny światowej.

Wpływowy historyk nacjonalistyczny ze Lwowa atakuje Grzegorza Motykę za to, iż próbuje całą odpowiedzialnością za rzezie wołyńskie obarczyć tylko stronę ukraińską. Ale to Polacy zaczęli od rzezi na Chełmszyczyżnie w 1942 roku - grzmi Wiatrowycz. Jego zdaniem mordy Polaków na Wołyniu były odpowiedzią chłopów ukraińskich, którzy mieli dosyć polskiej i niemieckiej okupacji kraju.

Wystąpienie historyka nacjonalistycznego Wiatrowycza, który wbrew zdrowej logice, we wszystkim rzeziach na Wołyniu oskarża nie oprawców z UPA lecz polskie ofiary (starców, kobiet i dzieci), jest nie przypadkowe, bo na początku października ma się odbyć formalne pojednanie dwóch narodów w Ostrówkach na Wołyniu i Sahryniu w Polsce z udziałem prezydentów Polski i Ukrainy.

A cała ideologia OUN-UPA jest nadal pobudowana na nienawiści do Polski i Polakach. Dlatego – trudno się dziwić, iż jeden z licznych gloryfikatorów Bandery i Szuchewycza we wszystkich grzechach oskarża wyłącznie Polaków i nawet sympatyzującego Ukraińcom historyka Grzegorza Motykę.
Eugeniusz Tuzow-Lubański, Kijów  (…)

Mało który z polityków, dziennikarzy i komentatorów, szczególnie tych, których opinie o „wpadce” Obamy są eksponowane na czołowych pozycjach wiadomości z kraju i ze świata, wyraża swoje „święte” oburzenie na permanentne kłamstwa o ludobójstwie na kresach i ”wpadkach” znacznie poważniejszych w swojej wymowie niż te, których dopuszczają się słabo wykształceni prezydenci.
To „święte oburzenie” nijak się ma do próby ograniczenia nauki polskiej historii w szkołach, czego świadkami jesteśmy obecnie. To właśnie ci najbardziej „oburzeni” doprowadzają do tego, że za chwilę wiedza polskiego ucznia będzie porównywalna do wiedzy jego kolegów z państw, w których edukacja ogólna i historyczna jest na poziomie szkoły podstawowej. U nas , dodatkowo, oprócz ograniczania tej edukacji ingeruje się również w jej treść – przekłamując lub manipulując faktami historycznymi.

(…)Szanowna Redakcjo!
Postanowiłam do Was napisać maila, gdyż wierzę, że zajmiecie się tą sprawą, a sprawa jest niezwykle poważna i na czasie.
Mianowicie chodzi o reformę dotyczącą nauczania historii w szkołach średnich. Tym, co mnie zbulwersowało i spowodowało, ze postanowiłam interweniować, była lektura jednego z podręczników, które mają wejść do obiegu we wrześniu br. do szkół średnich.
Chodzi o podręcznik "Ku współczesności. Dzieje najnowsze 1918-2006" autorstwa Andrzeja Brzozowskiego i Grzegorza Szczepańskiego, wydawnictwo Stentor. Autorzy w swojej publikacji, która ma być przekazana uczniom szkół ponadgimnazjalnych popełnili wiele, niezwykle kompromitujących błędów, które rodzą szereg pytań o intencje i ich wiedzę historyczną.
Książka pełna jest przekłamań, propagandowych treści rodem z GW, a ozdobnikami są teksty okolicznościowe właśnie z GWyborczej. Ciężko przytaczać całość, ale pozwolę sobie na pokazanie kilku próbek.
Oto autorzy rozdział na temat lustracji w Polsce okrasili tytułem: "Wojna na teczki",gdzie już na wstępie widać tendencyjny ton i istotne przekłamania (str. 283).
W kolejnych rozdziałach możemy przeczytać, iż to terroryści czeczeńscy sprowokowali Rosjan, wysadzając budynki mieszkalne w Moskwie w 1999 roku i nawet nie ma słowa o podejrzeniach wobec FSB.
Mamy też informacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce (str. 297), co jak na razie jest jedynie faktem prasowym, domniemaniem, a nie faktem historycznym godnym zamieszczenia w podręczniku!
Oczywiście nie ma słowa o współpracy L. Wałęsy z SB, a wymieniona jest ona jedynie w kontekście "samowolki" Macierewicza w 1992 roku.
Całość pracy wygląda jak ponury żart, ale niestety to jest rzeczywistość, która stanie się obowiązującą od września br. w polskich szkołach. Proszę zwrócić też uwagę na zdjęcie okładki – centralnym wydarzeniem XX wieku jest upadek muru berlińskiego. Załączam kilka fotek.
Pozdrawiam
Martyna(…)


Ta olbrzymia nieproporcjonalność w wyrażaniu „oburzenia” na fakty mało istotne, do jakich, bez wątpienia można zaliczyć wpadki słowne polityków (choćby również słynny „bul” Komorowskiego) w porównaniu do systemowego i zamierzonego procesu „odmóżdżania” polskiej młodzieży i pozbawiania jej „korzeni narodowych” w myśl europejskiej poprawności i chęci wychowania posłusznej siły roboczej, pozbawionej ogólnego wykształcenia, „faszerowanej” kłamstwem historycznym na niespotykana dotąd skalę, stanowi istotę polityki obecnych władz. Nie można o tym zapominać, gdy formułuje się opinie na podstawie medialnych wrzutek, sterowanych przez tych samych ludzi, którzy w 1989 roku poklepywali się przyjacielsko po ramieniu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz