piątek, 15 czerwca 2012

DWIE STRONY KSIĘŻYCA

Tekst opublikowany na "Pomnik Smoleńsk"  >


Pakt musiał być podpisany znacznie wcześniej. 10.04.10 był jedynie datą realizacji wcześniejszych ustaleń i przygotowań.  „Wspólnicy” tego porozumienia musieli mieć czas nie tylko na przygotowanie „techniczne” ale również na przygotowanie całego scenariusza wydarzeń, w którym role zostały przydzielone poszczególnym członkom. W „sprawę” musiało być zaangażowanych bardzo wiele osób – polityków, przedstawicieli tzw. służb, prokuratorów, specjalistów biorących udział w tej "tragedii w kilku aktach”

Jest mało prawdopodobne, aby nie było takiego scenariusza. Nie teraz, kiedy obserwujemy przedstawienie i głównych aktorów, którzy pieczołowicie odtwarzają napisane dla nich role.
Wyobrażam sobie takie same „posiedzenia” grupy „przyjaciół” jak wtedy, gdy planowano obalić rząd Olszewskiego. Widzę jak planują całkowite przejęcie władzy po „unieszkodliwieniu” prezydenta Kaczyńskiego, podczas którego jedna z  postaci mówi do obecnych – tylko nie możemy nic skrewić, bo ON powiedział, że on ze swej strony wszystko już załatwił jak trzeba…
Widzę też drugą postać, z którą ustalane są szczegóły przejęcia urzędu prezydenta. Nikt nie może już wejść do biur…..
W zacisze gabinetu wzywani są dziennikarze, z którymi opracowuje się scenariusze nagonki medialnej, fałszerstw, dezinformacji, oraz kto kogo ma kryć „w razie czego…”
„Nasi” muszą kontrolować wszystko – prokuraturę, media, ekspertów… A są też tacy, którzy zajmą się całą resztą – „badaniami” wraku, tworzeniem wrzutek do mediów, a także „popracują” nad tym, aby „Unia” się nie wtrącała.  Nad Obamą zaś „popracuje” sam głównodowodzący. USA są teraz słabe, nikt nie będzie „dociekał”…

Być może ten scenariusz był inny, ale już teraz można powiedzieć, że czym innym jest polityczna rzeczywistość kreowana przez media, a czym innym zachowania niektórych polityków i tzw. „zaplecza”, które swoje prawdziwe oblicze potrafi pokazać tylko wtedy, gdy nikt nie rejestruje tego co robi. Wtedy właśnie zmienia się język rozmowy i padają słowa bliższe słownika grypsery.
Rozpowszechniane kłamstwa są prymitywne. Ale to nie ma najmniejszego znaczenia. Społeczeństwo już od dawna poddawane jest rozmiękczaniu mózgów.  I choć każdy rozsądny człowiek zaczyna się zastanawiać, czy aby nie postradał zmysłów, to głosu tych „rozsądnych ludzi” nie słychać.

 W kakofonii papki medialnej ginie głos rozsądku. Nie ma co mówić o jakimkolwiek sensie , logice i naukowych dowodach, bo gdy tzw. „autorytety” publicznie podważają elementarne zasady logiki i  nauki, to można uznać, że ludzie ci są albo niespełna władz umysłowych, albo za wariatów mają społeczeństwo.
 I niestety mają rację, bo część społeczeństwa przyjmuje na wiarę nowe paradygmaty, a także, co gorsza, same podsyca jeszcze bardziej ten stos, na którym płoną logiczne i zdroworozsądkowe teorie. Na stosie pogardy i kłamstwa giną dowody winy, oraz następuje całkowite przewartościowanie pojęć które dotychczas niosły ze sobą jednoznaczność wartości, których są desygnatami.

Sprawa Smoleńska cofa społeczeństwo w czasy średniowiecza. Pojawiają się „mędrcy”, którzy  „obalają” podstawowe prawa nauk ścisłych, na rzecz nowoczesnych i wysoce rozwiniętych technik manipulacji, PR, zmodyfikowanej nowomowy i sztuki ogłupiania ludzi. Jedni robią to dlatego, ze dostają za swoją „pracę” wynagrodzenie. Inni poszukują możliwości intelektualnego wyżycia i nie bacząc na konsekwencje forsują publicznie tezy, które nie tylko poddają w wątpliwość sens jakichkolwiek metodycznie prowadzonych badań, ale również powodują skłócanie społeczeństwa. Najgorsze jednak jest to, że dopóki nie ma możliwości weryfikacji tez, bo dowody spoczywają gdzieś na betonowym placu, przykryte szarym i zakurzonym brezentem, każda próba dotarcia w ten sposób do prawdy musi skończyć się fiaskiem.

 Dwie strony księżyca.
Na początku zainteresowałem się tematem prowadzenia tzw. śledztwa blogerskiego na łamach portalu Salon24, którego sam byłem aktywnym uczestnikiem.  Było to zapewne przedsięwzięcie potrzebne – nie zdarzyło się bowiem do tej pory, że tak wiele osób mogłoby jednocześnie wypowiadać się i prowadzić własne dociekania w sprawie niesłychanie ważkiej, jakim była kwestia wyjaśnienia możliwego przebiegu wydarzeń 10.04.10. Praca zespołowa to najlepszy sposób na rozwikłanie wielu zagadek i analizę problemów, dla pojedynczego człowieka, niemożliwych do rozwiązania. Tak myślałem i myślę nadal, choć z perspektywy czasu zmienił się mój stosunek do  formy takiej współpracy.
 Zaciekawiła mnie postać osoby, która była założycielem i moderatorem bloga, na którym rozkładano na czynniki pierwsze wszelkie informacje dotyczące Smoleńska. Informacje te, zgromadzone w jednym miejscu, dawały niesłychanie obszerny ogląd sytuacji. Napisałem również kilka swoich komentarzy, w tematach, które znam z doświadczenia zawodowego, lub w kwestiach pewnej logiki wypowiedzi, co do której zawsze przywiązywałem dużą wagę.
Po pewnym jednak czasie zaniepokoił mnie fakt, że całe to „przedsięwzięcie” jest prowadzone w sposób metodologicznie błędny. Zamiast układać poszczególne elementy w spójną całość, wraz z wnikliwą weryfikacją „prawdziwości” informacji, a także jej źródeł, oraz badaniem wpływu różnych okoliczności na „zeznania” świadków, główny moderator dyskusji przyjął prawie od początku określoną tezę, którą „forsował” z pominięciem tzw. „głosów odrębnych”, skutecznie wykluczanych z forum dyskusji.
 Jak to wyglądało w praktyce ? Można posłużyć się kilkoma przykładami:
@Wunderman
Bardzo proszę nie obszczekiwać FYM-a.Chwila nieuwagi Gospodarza i znowu jakiś mądry inaczej wrzuca swój kamyk do cudzego ogródka.
AUGUSTYNKA0661 | 29.03.2011 15:10
@Wunderman
tyś się chyba tu zaplątał przez przypadek. Pa, pa
LALECZKA07082 | 29.03.2011 15:13
@Wunderman
won, esbeku.
FREE YOUR MIND143861691 | 29.03.2011 16:25

Takie słowa padły pod adresem blogera , który jedynie wyraził swoją wątpliwość w sprawie jednostkowej, a który pisze ostatnio na swoim blogu :
(…)Jedno zdanie na ten temat – dane zawarte w zapisach TAWS i FMS a teraz także i opublikowane ostatnie zdjęcie  Prezydenta Lecha Kaczyńskiego pozwalają na rzecz jedną – ostateczne ujawnienie roli blogera FYM w zaciemnianiu okoliczności smoleńskiej katastrofy. Kierowanie przez niego  uwagi na fałszywe przesłanki, manipulowanie faktami. Rzucanie podejrzeń wyłącznie na przedstawicieli strony polskiej. Proceder swój uprawiał do ostatnich chwil, wbrew wielokrotnej krytyce, wskazywaniu na fałsz i kłamliwość jego dociekań. Tu nie można mówić o nieświadomym działaniu. O roli „pożytecznego idioty”. A o czym? Wnioski pozostawiam Państwu. Sam pisałem na ten temat nie jeden raz.(…)

a tutaj wypowiedzi innych „wykluczonych” :

(…)Nabrałem poważnych wątpliwości do działań FYM-a, kiedy zauważyłem, że nagina fakty do hipotezy - jestem z wykształcenia rusycystą i zauważyłem kilka fundamentalnych błędów w tłumaczeniach stenogramów z baraku szympansów. Kiedy zwróciłem mu na to uwagę, zostałem dożywotnio zbanowany, bo podważyłem fundament jego wywodów.(…)

(…) Bardzo mnie zaniepokoiło, że właśnie rok temu pisząc do znanego blogera o tym, że jego teoria może ośmieszyć PIS i wyjaśnianie sprawy smoleńskiej dostałem bana. Nie ukrywam, że jeszcze rok temu uważałem ten blog za najbardziej wiarygodny i dążący do poznania prawdy. Pewnie nabrało się na tą teorię wielu Polaków. Wiele osób w tym mnie taka postawa blogera, bany itp. zniechęciła do szukania informacji na temat prawdy smoleńskiej. Trudno było wyczuć kto jest kim, czy teksty nie są manipulacją itp. Nabrałem podejrzeń, że za jedną osobą stoi sztab różnych ludzi ponieważ notki były długie i wychodziły w krótkim odstępie czasu. Szkoda, że wiele osób się zniechęciło przez to.(…)
Jak widać na powyższych przykładach, zastrzeżenia są poważne. Nie można mówić o  otwartości dyskusji, jeżeli z grona rozmówców eliminuje się osoby, które przyjmują inną interpretację tych samych zdarzeń, a na dodatek robi się to w sposób sprzeczny z zasadami zwyczajnej kultury wypowiedzi. Nie można mówić o obiektywizmie, jeżeli następuje manipulacja treścią w postaci np. błędnego tłumaczenia materiałów obcojęzycznych. Nie można, wreszcie,  mówić o „słusznych” intencjach i o odpowiedzialności, jeżeli nie bierze się pod uwagę konsekwencji, wynikających z przyjęcia takiej formy prowadzenia dyskusji i skutków błędnej analityki.

Zdaję sobie sprawę, że i ja, po tym tekście,  zostanę „wykluczony” z grona osób, które próbowały dotrzeć do prawdy, tworzących „społeczność” komentatorów bloga. Postanowiłem jednak przyjąć zasadę konstruktywnej „nieufności” wobec tez, które tylko dlatego zdobyły sobie rzesze zwolenników, że opierają się na pewnej subtelnej manipulacji, na przyjmowaniu za pewnik zdarzeń wątpliwych lub na odwrót – uznawaniu za nieprawdę tego, co może być prawdziwe – tylko na podstawie subiektywnych, czasami nielogicznych i nie do końca przemyślanych ocen.
 Nie przeczę, że sam uczestniczyłem w tej „gonitwie myśli i analiz”. Jednak wszystko ma swoje granice i nie można uczestniczyć w zbiorowym „gwałceniu mózgu” choćby intencje były jak najbardziej słuszne.
Być może zostanę przez niektóre z tych osób „namaszczony” na ubeka, towarzysza, trolla, prowokatora itd. Itp. Inwektywy takie są często używane przez tych, którzy dali się zmanipulować tokowi myślenia narzuconemu większości, przez treści tekstów i komentarzy jednego autora. Bezkrytyczność jest jednak w tym przypadku cechą niepożądaną.

Ale nie „bezkrytyczność” wpłynęła na moją decyzję o zaprzestaniu komentowania w tym miejscu, lecz fakt, że w pewnym momencie doszło o ewidentnych ataków ze strony zwolenników „jednej prawdziwej teorii”  na przewodniczącego Komisji Parlamentarnej, powołanej  właśnie po to, aby zbadać przyczyny „katastrofy” prezydenckiego Tupolewa. Im bardziej ataki te się nasilały i im bardziej nagłaśniano tezy o „dwóch miejscach” tym bardziej moja nieufność wzrastała.
Przełom nastąpił później. Nie analizując szczegółowo wszystkich różnic teorii „maskirowki”,  z badaniami Zespołu Parlamentarnego, moją uwagę zwróciła jednak zasadnicza rzecz. Pomimo ujawnienia zupełnie nowych faktów, ewidentnie przeczących „jedynej prawdziwej teorii blogerów”, lub , co najmniej, podważających jej niektóre założenia, „Czerwona strona księżyca” pozostała niewzruszona w głoszeniu swojej „prawdy”, a ataki jej członków na tych, którzy mieli zdanie odrębne nasiliły się.
Nie wstrząsnął mną fakt, że mogą pojawić się różnice, lecz to, że wiele osób dało się zwieść tym dociekaniom i uznało je jako jedyną możliwość wyjaśnienia tragedii z 10 kwietnia. A największym wstrząsem był skutek tego „niezależnego śledztwa”, czyli publiczne podważenie ustaleń Zespołu Parlamentarnego, włącznie z podważaniem badań przeprowadzonych przez wybitnej klasy ekspertów.  Okazało się, że wielomiesięczna „praca” blogerów posłużyła do stworzenia oręża przeciwko tym, którzy jako jedyni, w chwili obecnej, podążają prawidłowym torem badań , odkłamując wykreowaną rzeczywistość.
Aby uzupełnić ten i tak już dość dług wstęp dodam, że „bezkrytyczność” dotknęła również jedną z dziedzin, która jest dla mnie chyba największą pasją od wielu lat. Ewidentne błędy metodologiczne i merytoryczne wykażę jako jeden z przykładów fałszywego toku rozumowania.

Logika badaczy i komentatorów
Dzisiaj, przeglądając niektóre komentarze i teksty na temat Smoleńska, znalazłem jeden przykład takiego rozmiękczenia mózgu, który nie pozwala człowiekowi na obiektywizm i skazuje go na bezmyślne brnięcie drogą do nikąd. Ktoś napisał, że wg niego, ostatnie zdjęcie prezydenta Kaczyńskiego, wykonane w samolocie lecącym na uroczystości katyńskie „wygląda mu na fotomontaż”.
Jako, że dziedzina fotografii jest mi bardzo bliska, nie omieszkałem zwrócić uwagi na zupełny brak podstaw do takiego stwierdzenia, jeśli nie ma się dużego doświadczenia zarówno w fotografii, jak również w cyfrowej kreacji obrazu, oraz szczegółowo objaśniłem kwestie techniczne w tym akurat przypadku – czyli dlaczego zdjęcie wygląda tak, jak wygląda.
Oczywiście wątpienie przypisane jest ludzkiej naturze, jednak czasem przybiera ono formę karykaturalną. Jak coś komuś nie pasuje, to prewencyjnie zaczyna wątpić w obraz który widzi, lub doszukuje się wątpliwości w sprawach, które bardzo łatwo jest odczarować z „aury tajemnicy”, gdy posiada się pewna „tajemną” wiedzę.

 Są jednak ludzie, którzy uwielbiają wręcz komplikować sprawy stosunkowo proste do wytłumaczenia., stwarzając pozory dociekliwości. Gdy przyjdzie im zderzyć się z faktem namacalnym, zaczynają zachowywać się jakby dotknięci byli „syndromem wyparcia”.
Ten prosty przykład zachowania jednego człowieka jest tylko mała częścią zachowania pokaźnej rzeszy społeczeństwa, która na postawie tak mylnie pojmowanej „analizy” tworzy byty tyleż niesamowite, co nierealne. Co gorzej, zachodzi tutaj zjawisko zachowań stadnych. Przecież jeśli inni tak twierdzą, to znaczy, że „coś w tym musi być”, albo, że „to jest prawda”
Prawda natomiast stoi sobie z boku i pobłażliwie się uśmiecha. Tak jak nauczyciel, stojący nad uczniem, gdy ten pisze wypracowanie i popełnia błąd za błędem.
Ale tak właśnie jest, gdy analizy dokonują osoby nie mające pojęcia o metodologii prowadzonych przez siebie „badań”. Analiza zeznań świadków, którzy słyszeli wybuchy, widzieli miejsce tragedii, identyfikowali ciała ofiar, komentowali, jako dziennikarze, te tragiczne wydarzenia, zawsze obarczona będzie metodologicznym błędem, jeśli towarzyszy jej brak wiedzy o zjawiskach towarzyszących traumie tragedii. Osoby, które będą mówić o sprzecznych relacjach świadków, nie będą brały pod uwagę tego, że w chwilach największych, negatywnych emocji ludzie potrafią zachowywać się irracjonalnie i,  że jest to wiedza znana psychologom, psychiatrom, śledczym.  Właśnie to wyróżnia zeznania prawdziwe od fałszywych, że te pierwsze mogą się po pewnym czasie zmieniać, nabierać innego kształtu, bowiem pamięć ludzka jest zawodna i płata figle, podobnie jak zmysły. Tymczasem fałsz, paradoksalnie, jest powielany jak przez kalkę – aktor powtarza swoją rolę zawsze tak samo, niekiedy tylko z lekka zmieniając intonację.
Na tego typu schematach myślowych tworzone są właśnie te wszystkie niespójne teorie, opierające się na fałszywych tezach i założeniach, nie uwzględniających obiektywnej rzeczywistości, a przede wszystkim pozbawionych analizy wielu elementów tej makabrycznej układanki. Zamiast logicznych puzzli, pojawiają się kostki domina. Wystarczy potrącić jeden i cała konstrukcja zaczyna się walić.

Metodologia
Czytając „Raport końcowy” blogerskiego śledztwa starałem się wyłowić fragmenty, które pokazują w wyraźny sposób, przyjęte „metody badawcze”. Zagłębiając się w lekturę nie sposób jest nie dostrzec niewątpliwej erystyki autora, której przejawem są dość długie opisy materii nie związanej z prowadzonym „dochodzeniem”.  Sam wstęp zajmuje osiem pierwszych stron publikacji. Nie chodzi jednak o to, by „waga” publikacji opierała się na jej obszerności, lecz by zgromadzony materiał ująć w sposób możliwie syntetyczny. Tej cechy publikacji niestety nie dostrzegam, choć autor wyraźnie podkreśla, że było to jego celem.
Nie chcę oczywiście zagłębiać się we wszystkie aspekty tej publikacji. Nie podobna jest zawrzeć w krótkim tekście polemiki ze wszystkimi „tezami” i analizami materiałów zgromadzonych na ponad 500 stronach. Mój tekst byłby wtedy zbyt rozwlekły i nieczytelny. Intencją moją jest pokazanie pewnego zjawiska, które towarzyszy nieodłącznie tej publikacji, od czasu, gdy jej autor zamieścił pierwsze teksty na swoim blogu.
Co było bodźcem do powstania „Czerwonej strony księżyca”? Pisze o tym sam autor :
Str 9
(…)Jakoś się utarło na przestrzeni roku 2011, że hipoteza 2m (skrótowo h2m5) to „moja hipoteza”, gdy tymczasem, Bogiem a prawdą, ta wersja wydarzeń wyłaniała się po prostu w blogosferze właściwie bez mojego aktywnego udziału(…)
(…)Za jej początek chyba należałoby przyjąć krążącą po Sieci notkę jakby czeskich specsłużb (z 14 kwietnia 2010), informującą o tym, że na Siewiernym nie doszło do katastrofy, zaś delegację skierowano/uprowadzono do Lipiecka(…)Tłumaczenie podaję za blogerem  FanBieszczad : (…)W przeciągu niecałych dwu godzin w mediach pojawiło się wideo z reportażem (również było nagrane około godziny po wypadku) w którym strażacy kończą gasić pożar, przy czym używali wody!! (zamiast piany), której używa się w tego typu sytuacjach. Przy czym każde lotnisko jest wyposażone w "piankę HZ".
(Raport MAK str 102 :
10:55 - przybycie pierwszego zespołu strażackiego z PCz-3, podano dwa strumienie  GPS-600 (pianowe) i  2 strumienie SWP)
(…)O losie załogi i pasażerów po lądowaniu nie chcę się tu wypowiadać, ale śmiem twierdzić, że był on dużo dramatyczniejszy niż się oficjalnie podaje. Jest więcej dowodów technicznych, które podważają prawdopodobieństwo wypadku, ale czytanie takiego tekstu zajęłoby sporo czasu i byłoby nieinteresujące dla laików w dziedzinie fizyki (14 kwietnia 2010r.)
Hipoteza 2M „wyłoniła się” więc 14 kwietnia 2010 roku z notki „jakby czeskich spec służb” krążącej „po sieci”. Być może istnieją jakieś spec służby, które dzielą się na forum publicznym zdobytymi przez siebie informacjami 4 dni po zaistniałym wydarzeniu  i dysponują przy tym dowodami technicznymi (oczywiście” nie interesującymi dla laików w dziedzinie fizyki”), lecz czytanie takiego tekstu zajęłoby sporo czasu (!)
 A ile czasu zajęłoby napisanie takiej „pracy technicznej”, zawierającej analizy dowodów, które niepodważalnie wskazywałyby na jakąkolwiek koncepcję przyczyn „katastrofy” i tłumaczyłyby w pełni to co się wydarzyło ? Sądzę, że nie jest to możliwe, dopóki panuje zmowa milczenia na najwyższych szczeblach. Czas ten należałoby więc wydłużyć nie do dni, lecz lat. Chyba, że nastąpiłby przełom w dochodzeniu w postaci nagrania filmowego, które jakimś cudem uznane zostałoby za wiarygodne. Bo, niestety , w obecnym czasie nawet taki „dowód” zapewne byłby podważany i uznany za zmanipulowany, lub nieprawdziwy.
Pomijając wątpliwe ustalenia raportu MAK, nie sposób również nie zauważyć już pierwszej rozbieżności jaką jest „użycie piany gaśniczej”. Czeskie „źródło” twierdzi, że piany nie użyto. Czy badacz nie powinien nawet takiej „drobnej” kwestii właściwie przeanalizować i ustalić jak było w rzeczywistości ? Te pierwsze zdania autora i konkluzje jakie wynosi z mało wiarygodnych i niesprawdzonych źródeł stanowią tło dla całej publikacji.
Następny przykład pokazuje tok myślowy autora, który zadaje pytanie i od razu sam na nie odpowiada :
Str.13
(…)Czy kwestia ciał na „miejscu katastrofy” nie budzi żadnych wątpliwości? Pamiętamy doskonale zeznania świadków mówiących a to o braku ciał, a to o niewielkiej (jak na skalę tragedii) ich ilości.
Czy ktoś widział (wykonane choćby z helikoptera) zdjęcie pokazujące wszystkie ciała ofiar na pobojowisku? Nie było czasu, by takie fotografie zrobić? Nie było okazji? Nie było jak? Ciała ofiar przecież miały dopiero po paru godzinach być „wydobywane” i przenoszone, wedle relacji świadków, do „wstępnej identyfikacji” do niebieskich namiotów. To pytanie zatem nadal jest aktualne: dlaczego nie ma ani jednego zdjęcia (pobojowiska na Siewiernym) pokazującego i szczątki lotnicze, i ciała wszystkich, podkreślam, wszystkich ofiar?(…)

Ależ oczywiście, że kwestia ciał budzi wątpliwości. Jednak założenia, którymi kieruje się autor mogą okazać się błędne. Oczywiście, przyjęcie tezy, iż doszło do „maskirowki” usprawiedliwia, w pewien sposób intencje autora, lecz nie usprawiedliwia błędu analizy.
Świadkowie będący na miejscu zdarzenia widzieli coś, co przekraczało zwykłe doświadczenie. Każdy, kto zetknął się z reakcjami ludzi w obliczu traumatycznej sytuacji zdaje sobie sprawę, że możliwość oceny sytuacji jest w tym momencie znacznie ograniczona.  Często występuje również zespół stresu pourazowego, który ogranicza znacznie możliwości postrzegania, zapamiętywania, a także zmienia sposób reakcji  człowieka na bodźce zewnętrzne. Świadkowie katastrofy, w której ginie w makabryczny, trudny do wyobrażenia sposób, tak wielu ludzi, mogą w krańcowo różny sposób przedstawiać swoje odczucia i spostrzeżenia. Przyjmowanie założenia, że mówią obiektywną prawdę, lub, że kłamią z premedytacją jest w tym przypadku metodologicznym błędem.
Pytanie, czy ktoś widział ciała ofiar jest błędne z założenia, o ile nie ma się dostępu do zeznań wszystkich świadków i nie dokona się dogłębnej weryfikacji ich zeznań.  Z przyczyn obiektywnych nie jest możliwe dokonanie takiej pełnej weryfikacji przez użytkowników Internetu.
Pytanie o to, dlaczego nie ma ani jednego zdjęcia jest natomiast pytaniem z zawartą w sobie odpowiedzią. Właściwie zadane pytanie powinno brzmieć – czy wykonano dokumentację fotograficzną miejsca zdarzenia ? To, że w Internecie nie krążą zdjęcia ofiar wykonane (być może) przez odpowiednie służby nie jest jednoznaczne z tym, że takich zdjęć nie wykonano.

 Dlaczego nie upublicznia się takich „materiałów”?  Powody są tak oczywiste, że samo stawianie takiego pytania naraża osobę która je postawiła na zarzut braku merytorycznego przygotowania.
Dociekliwy obserwator zadałby więcej pytań, które mogłyby przyczynić się do rozwikłania „zagadki zdjęć” np. Czy dokonano inwentaryzacji fotograficznej miejsca tragedii ? Czy przeanalizowano rozkład szczątków ? Kto dysponuje zgromadzonym materiałem? Czy materiał zdjęciowy jest w dyspozycji polskiej prokuratury? Czy polska strona zwracała się do strony rosyjskiej o udostępnienie takich materiałów ? Itd.
Zamiast tych wielu pytań pada jedno. Sformułowane z „dziennikarskim zacięciem”, lecz pozbawione cech poznawczych. W ten sposób postępują ci, dla których wnioski końcowe stanowią jednocześnie tezę wstępną.
Inną sprawą jest to, że zdjęcia ofiar, które krążyły po Internecie, zostały z całą stanowczością, potraktowanie przez zespół blogerów jako mistyfikacja :

 str 20 (…)Nieuniknione były błędne tropy czy ślepe zaułki, ale właśnie w tym też tkwiła (i wciąż tkwi)siła tych wspolnych debat blogerskich, że z ewidentnie „zmiażdżonych” materiałow (np. takich,ktorych fałszywość nie budziła wątpliwości), blogerzy się wycofywali (klasyczny przykład to słynne„zdjęcia drastyczne” (http://freeyourmind.salon24.pl/217251,makabryczny-fotomontaz) (…)

„Miażdżenie” tych materiałów polegało na zupełnie nieprofesjonalnie prowadzonej subiektywnej obserwacji i doszukiwania się w materiale zdjęciowym cech fotomontażu. Jak wyglądała ta blogerska weryfikacja ? No cóż. Najlepiej posłużyć się cytatami :

-  (…)Prawdę mówiąc, ja tam nic nie widzę, żadnych ciał, tylko wyraźną dłoń (samą) i   białoczerwoną szarfą(…)

- (…) nie no, jakieś ciała widać, choćby na pierwszym planie (obok zgiętego fotela) widać tułów mężczyzny w jasnych dżinsach i jasnej koszuli.(…)

- (…) przyglądnąłem się tej fotce. I faktycznie ciało po lewej jest "dziwne". Sam nieco pracowałem w PS i wiem, że detale łatwo zdradzają.(…)

- (…) Już dużo wcześniej widziałem to zdjęcie i nie wiem, czy jest ono autentyczne. Jednak Twoje sugestie mnie nie przekonują, gdyż - zwróć uwagę - takie same, nazwijmy to artefakty, występują na całej powierzchni zdjęcia, nie tylko w tych drastycznych fragmentach. Ale oczywiście nie jestem fachowcem od grafiki (…)

- (…) Nie analizowałem tych zdjęć, ale przyjmuję "na wiarę", że w wielokrotnym ich powiększeniu w PS można wychwycić wiele sztuczności (mnie "na gołe oko" brakuje dolnej części ciała w postaci z ręką (…)

- (…) w dolnej(3/5 wys.) środkowej części zdjęcia przy powiększeniu ok 300% widoczna jest też linia łączenia dodatkowych elementów do zdjęcia głównego. Różnica jest widoczna bo nie zachowano właściwej rozpiętości tonalnej elementów dodawanych do zdjęcia głównego. 
w części środkowej około 1/5 od lewego brzegu są widoczne prostokąty (300%)wklejanego klonowania sąsiednich fragmentów. Nawet partaczowi nie chciało się skorzystać z funkcji wtapiania.W CS4 można to zrobić prawie idealnie (…)

- (…) zdjęcie jest ewidentnie montowane, a fotele nie pochodzą z polskiego tupolewa.(…)

I na koniec , choć nie jest to jeszcze ostatni komentarz, a bodajże, sześćdziesiąty ósmy, pojawia się zdanie takie :

- (…)Te wszystkie przemieszczenia pixeli wynikają z kompresji zdjęcia. Źle pomniejszone zdjęcie cyfrowe tak się właśnie zachowuje. Tym bardziej ,że było wykonywane zapewne przez profesjonalnego fotoreportera przy naprawde dobrym sprzęcie , rzędu 10 może 15 megapixeli (…)

Co ciekawe, choć „miażdżenie” materiału zdjęciowego trwa już jakiś czas, nikt nie robi najprostszej rzeczy, oczywistej dla każdego, kto zna się na fotografii cyfrowej, bynajmniej nie w stopniu eksperckim. Nikt nie próbuje nawet odczytać ze zdjęcia danych exif, w których zawarte są dane dotyczące aparatu, którym wykonano zdjęcie.  A jest to SONY ERICSSON W960i, czyli aparat zamontowany w przeciętnej klasy telefonie komórkowym z 3,2 megapikselową matrycą, którym zdjęcie wykonano , zgodnie z danymi exif, 10 kwietnia 2010 roku, o godzinie 14.52.

Zdjęcie ma wielkość 715 KB, a więc w porównaniu do nawet przeciętnej klasy lustrzanki cyfrowej, plik zdjęcia jest min. 10 krotnie mniejszy. Co to oznacza ? Na to pytanie odpowiada w końcu jeden komentujący:

        - (…)To zdjęcie z telefonu komórkowego (Sony Ericsson W960i). Analizowanie takiego materiału to zwykła strata czasu. Po pierwsze jakość tego zdjęcia jest nędzna, a po drugie to nie jest dokumentacja tylko jakaś amatorska "zabawa"(…)

Jednak to „zdanie odrębne” szybko spotyka się z właściwą autorowi bloga reakcją :

       - (…) takich komentatorów zapraszam na rosyjskie fora.(…)
Pojawia się jeszcze jeden komentarz osoby, która rzetelnie informuje :

        - (…)Wyciąganie wniosków z tak fatalnej jakości zdjęć to droga do nikąd Na omawianym zdjęciu przy powiększeniu 200-400% procent nie widać nic poza siatką podziału blokowego, co jest wynikiem działania stratnej (!!!) kompresji JPG. W tym przypadku stopień kompresji musiał być znaczny, co przy tak dużej ilości detali w kadrze, bardzo je zniekształciło (…)

Na ten komentarz nie ma już jednak żadnej odpowiedzi i nadal trwa w najlepsze „miażdżenie” materiału aż do jednego z podsumowujących komentarzy :

         - (…) Informacje Exif można modyfikować, więc jak dla mnie nie są one żadnym  wykładnikiem (…)

Pojawia się również komentarz który ostatecznie „podważa” wiarygodność zdjęcia :

        - (…)wspominałam kiedy ,ze miałam staż na kryminalistyce. Te zwłoki są (przepraszam bardzo) "kilkudniowe"

Na tym kończy się „obiektywna” analiza, zaś informacja o „ewidentnym zmiażdżeniu materiału” trafia do publikacji.

Swoiste argumentum ad ignorantiam zawarte jest w innym fragmencie tekstu:
Str.17
(…)Co ciekawsze, ta wzmożona praca blogerów zajmujących się tą hipotezą, mocno kontrastowała ze słabnącym, a w końcu znikomym zainteresowaniem mediów sprawą 10 Kwietnia, co jednocześnie dowodziło, iż „oficjalne śledztwo” już dawno utknęło w martwym punkcie, po dojściu do którego śledczym pozostaje bezradne rozłożenie rąk i wzruszenie ramionami.(…)
Pomijając oczywisty paralogizm tej wypowiedzi, należy zwrócić uwagę, że termin „oficjalne śledztwo” jest szeroki. Obejmuje bowiem działania dwóch prokuratur – rosyjskiej i polskiej, ale również (w domyśle) działania Zespołu Parlamentarnego. Piszę „ w domyśle”, ponieważ autor nie wymienia żadnej „instytucji” oddzielnie, stąd logiczny wniosek, że „oficjalne śledztwo” oznacza całość podejmowanych przez „oficjalne czynniki” działań w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy prezydenckiego Tu154.
Dużą nadinterpretacją, którą niektórzy mogą nawet nazwać przekłamaniem jest stwierdzenie, że „śledztwo” utknęło w martwym punkcie, a zainteresowanie nim mediów jest znikome.  Pojęcie „znikomy” oznacza praktycznie zerowy stopień zainteresowania.  Być może część mediów ogranicza w pewien sposób ilość informacji o prowadzonym śledztwie, jednak pomijanie faktu, że istnieją również media alternatywne, lub tzw niezależne, w których temat ten nie ustępuje z pierwszych stron jest co najmniej nieprawdziwe i dowodzi albo niewłaściwej oceny sytuacji, albo jest najzwyklejszą manipulacją.
Kłam takiej wypowiedzi zadają również ostatnie wydarzenia związane z nowymi faktami w sprawie „katastrofy” oraz prowadzonym postępowaniem wyjaśniającym we wszystkich powołanych do tego oficjalnych instytucjach. Sekcje zwłok ofiar, przyjazd prof. Badena, przedstawianie wyników badań ekspertów Zespołu Parlamentarnego – to są tylko niektóre z wydarzeń, które przeczą, w oczywisty sposób, tezie, iż „śledztwo utknęło w martwym punkcie”.
Jaki może być cel tak formułowanych wypowiedzi autora ? Zwrócenie uwagi na swoja publikację poprzez „ciche” dyskredytowanie oficjalnego postępowania ? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna.

Wartość publikacji
Trudno jest odnieść się do wartości tej publikacji, bowiem nie można zdefiniować w prosty sposób jej formy.  Jest to raczej „zlepek” wielu form, który w odbiorze jest mało czytelny. Z jednej strony następuje synteza zagadnień, a drugiej ekwilibrystyka słowna i długie opisy, które, choć powinny stanowić tło dla poruszonych merytorycznych kwestii, stanowią jedynie „dłużyzny”. Olbrzymia ilość odnośników spowalnia proces zapoznawania się ze zgromadzonym materiałem. Ten brak systematyki i jednolitej formy, w połączeniu z rozwlekłością niektórych, mniej istotnych z punktu widzenia tematyki zasadniczej, treści powoduje, że publikacja jest mało czytelna.
Inna kwestią jest „prawdziwość” wniosków, opartych nie na krytycznej analizie zgromadzonego materiału, tylko na zbiorowym” głosowaniu” blogerów, co uznać za materiał prawdziwy, a co za falsyfikat, lub celową dezinformację. W takiej ocenie nie pomaga postawa autora blogu i powstałej publikacji. Nie może być obiektywizmu oceny, jeżeli po pierwsze, sam autor sugeruje, czy konkretny materiał jest prawdziwy lub fałszywy i robi to z żelazna konsekwencją, a po drugie ani on, ani komentatorzy jego bloga nie dają szansy innym komentującym na uzasadnienie swojego „zdania odrębnego”. Mało tego ! Większość takich osób jest od razu eliminowana, a ich komentarze albo usuwane, albo w niewybredny sposób oceniane jako prowokacja, fałszywka, itp., itd.
Nie może więc być mowy o dokładnie zsyntetyzowanych, obiektywnie sprawdzonych wnioskach końcowych, choćby nawet „waga pracy” przekroczyła 1000 stron.
Jeżeli posłużyć się prostą logiką, wystarczyłby jeden zasadniczy dowód na obalenie teorii 2M. W zebranym materiale dość jest dowodów, które zebrane w całość, poddają w wątpliwość nie tylko sposób prowadzenia analiz, ale również rzetelność samego autora i jego wiedzę dotyczącą zagadnień specjalistycznych. Pomijam używanie w publikacji języka potocznego, który jest po prostu nie do przyjęcia przy tego rodzaju opracowaniach, ale nie mogę zgodzić się na manipulacje i zwyczajne przekłamania, lub posługiwanie się zwyczajnym „widzi mi się” zamiast merytorycznej oceny zebranego materiału. Jak łatwo jest obalić takie „widzi mi się” ? Bardzo łatwo.

Na koniec jeszcze jeden przykład manipulacji faktami, który można zweryfikować od niedawna :
 (…)Najstraszniejsze jednak dopiero przed nami. Oto bowiem jedno z ruskich zdjęć (tych „drastycznych”), które przecież cyrkulowało po Sieci niedługo po tragedii, przedstawione jest jako materiał przekazany autorowi „w kwietniu 2010” przez „oficera Agencji Wywiadu”. Ponieważ sporo miejsca i czasu poświęciłem kiedyś analizie tego właśnie zdjęcia (http://freeyourmind.salon24.pl/217251,makabryczny-fotomontaz; oczywiście nie tylko ja zajmowałem się studiowaniem zdjęć z Siewiernego – m.in. Pluszaczek, Siostra111, Manek, 154), to czuję się zobligowany znowu zabrać głos w tej sprawie. Nie będę jednak rozwijał tego najdrastyczniejszego zagadnienia zwłok pokazanych na fotografii, nie uważam bowiem, by istniały jakiekolwiek podstawy do identyfikacji na niej ciała Prezydenta. Wskażę na wybrany i bardzo dobrze widoczny detal tego zdjęcia, który w sposób dobitny potwierdza, że mamy do czynienia z inscenizacją miejsca powypadkowego. Chodzi o ten fotel z prawej strony.



 
W książce Szymowskiego ten fotel jest mocno przycięty, ale widać jego krawędź, tak więc korzystam z tej samej ruskiej fotografii (wykonanej rzekomo na pobojowisku na smoleńskim Siewiernym), tylko z wybranego jej fragmentu. Ten fotel, co do tego chyba nikt, kto widział zdjęcia wnętrza „prezydenckiego” tupolewa, nie może mieć wątpliwości, NIE pochodzi z polskiego Tu-154M. Albo pochodzi z jakiegoś ruskiego autobusu, albo z jakiegoś ruskiego samolotu i to pośledniej klasy.

Dokonałem porównania fotela z „ruskiego autobusu” z tym , który znajduje się na opublikowanym przez GP zdjęciu śp. Prezydenta Kaczyńskiego w samolocie Tu154 lecącym w swój ostatni lot. Wynik porównania przedstawiam poniżej :


Wnioski z mojego tekstu pozostawiam czytelnikom. Nie chcę nikogo osądzać i wybiegać dalej niż poza merytoryczna krytykę. Nie mogę też pisać o jakichkolwiek zewnętrznych „inspiracjach”      FYM-a. A nawet, jeżeli moja subiektywna ocena pozwalałaby na stawianie wniosków uzasadnionych w tej kwestii, to nie mogę posługiwać się takimi samymi „metodami”, jak autor „Czerwonej strony księżyca” . Nie mam po prostu do tego prawa.
Mogę jednak powiedzieć, że jeśli istnieją jakiekolwiek „zewnętrzne inspiracje”, które kierują watki dyskusji na tory dla siebie wygodne, to tzw. blogosfera jest znakomitym środowiskiem, aby to robić. Anonimowość internetowych bytów skutecznie uniemożliwia weryfikację osób, które ukryte są za nickami. Pozwala to nie tylko na ukrycie prawdziwych intencji niektórych osób, ale umożliwia także skuteczną infiltrację takiego środowiska. Idąc tym tropem rozumowania, nikt nie powinien zaprzeczyć, że równie dobrze komentatorem może być uczeń gimnazjum z jakiegoś małego miasteczka, który posiada wystarczający zasób wiedzy i słownictwa, by móc równoprawnie uczestniczyć w niektórych dość poważnych dyskusjach, jak również dobrze przygotowany specjalista rosyjskich służb.
 Dlatego też uważam, że biorąc pod uwagę właśnie ten aspekt, publikacja „Czerwonej strony księżyca” jest po prostu szkodliwa dla prowadzonego postępowania Zespołu Parlamentarnego. Jeśli autor publikacji nie uwzględni tej kwestii, a także wielu innych zarzutów, kierowanych w swoja stronę, będzie to oznaczało, że jego intencje są krańcowo inne od tych, o których sam pisze.



2 komentarze:

  1. Mistyfikacja katastrofy samolotu z wykorzystaniem foteli autobusowych? Przecież to fotel z tupolewa, zniekształcony w katastrofie i pokryty pyłem, czy pianą używaną przy gaszeniu. Ludzie są walnięci,a szczególnie uwidoczniło się to po katastrofie pod Smoleńskiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. @anonimowy

    Niestety, niektórzy robią to z pełną świadomością swoich manipulacji, licząc na to, że nikt nie powie "sprawdzam" . Ale jak widać siła sugestii jest czasem większa niż zdrowy rozsądek...

    OdpowiedzUsuń