niedziela, 24 czerwca 2012

3. Przyczyny "choroby" generała Petelickiego


Na wstępie tego tekstu pragnę zaznaczyć, że pomimo upływu lat, jestem w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Nie mam skłonności autodestrukcyjnych, samochodem poruszam się powoli i  z zasady unikam miejsc  w których przez przypadek mogłoby mi się coś stać. 

Piszę to nie bez powodu, bowiem tekst będzie próbą odpowiedzi na pytania, których samo zadawanie jest już co najmniej niezdrowe i może okazać się, że autor mógł „zarazić się” Alzheimerem, lub inną  choroba, która sprawiła, że nagle pogorszyć się może kondycja fizyczna i psychiczna…
Ale pomimo tych zagrożeń opiszę swoje przemyślenia tak, jak podpowiada mi logika i materiały znalezione w sieci, (a także te których nie udało mi się znaleźć).

Po śmierci generała Petelickiego, w internecie pojawiło się mnóstwo sprzecznych informacji o przebiegu samego „zdarzenia”. Pisałem o tym w ostatnich tekstach na Niepoprawnych.pl, które zamieszczam poniżej tego tekstu.

 Pomimo ewidentnych sprzeczności informacji medialnych, których wykazanie było stosunkowo proste –  wystarczyło porównać  przekaz medialny z pierwszych godzin po zdarzeniu, nie nastąpił jakis specjalny zwrot i w zasadzie nikt specjalnie tego tematu nie drążył. Zawsze można przecież powiedzieć, że tak już jest z dziennikarzami, że lubią konfabulować i czasami myli im się liczba mnoga z liczbą pojedynczą (strzał –starzały), a nieznajomość anatomii jest przyczyną pomyłek w kwestiach merytorycznych, dotyczących miejsca rany postrzałowej (włożył lufę do ust, rana wylotowa w okolicach skroni, potylicy, strzał z przyłożenia w skroń itd. itp.)
Dlatego i ja nie będę dalej rozwijał tego tematu, bo przecież nie jestem w stanie zweryfikować protokołu z sekcji z oględzinami zwłok.

Jednak jest jedna rzecz, która nie daje mi spokoju. Jak to było z tą choroba generała Petelickiego ? Oczywiście tego tez nie jestem w stanie sprawdzi, ale informacja  prokuratury jest jednoznaczna. Podczas sekcji stwierdzono, że przed śmiercią generał cieszył się dobrym zdrowiem. I tego postanowiłem się trzymać, zakładając, że jeśli komukolwiek zależało na „śmierci samobójczej” generała, będzie robił wszystko, aby w mediach informacja o problemach natury psychicznej pojawiła się jak najwcześniej.  Prosty przekaz – generał był nieuleczalnie chory, żona chciała go opuścić, w interesach mu specjalnie nie szło i się biedak zastrzelił.

Jednak do mnie nie docierają proste przekazy, lecz staram się dociec skąd ten przekaz trafił do mediów i czy źródło takiej informacji mogłoby, potencjalnie, mieć jakiś interes, aby informować o chorobie generała. I o tym właśnie jest ten tekst.

Zacznę jednak od sprawy najważniejszej, a więc o samej możliwości pozyskanie wiedzy o chorobie generała przez źródło informacji.

Zapewne większość z nas, jak tylko zachoruje na raka, chorobę alzheimera, lub inna poważna, lub nieuleczalna chorobę, chwali się tym przed znajomymi, a znajomi ci weryfikują od razu te informacje, pojawiając się przed szpitalem w którym leczy się ich znajomy i  obserwują jak wchodzi do szpitala. A potem zapewne w trosce o swojego znajomego, docierają do zaprzyjaźnionego lekarza i proszą o udostępnienie karty chorobowej pacjenta, by zapoznać się z wynikami.

(…)Gazeta podaje, że Sławomir Petelicki w tajemnicy przez Agnieszką Petelicką leczył się w wojskowej klinice przy ul. Szaserów w Warszawie. Lekarze zdiagnozowali u niego zespół stresu bojowego, który mógł wywołać chorobę Alzheimera. (…)

Więcej
http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/agnieszka-petelicka-nie-wiedziala-o-chorobie-meza-gen-petelicki-ukrywal-przed-zona-alzheimera_264931.html(...)

Być może taka „gadatliwość” generała Petelickiego jest cechą żołnierzy – zwłaszcza takich, którzy zamierzają prowadzić interesy z poważnymi partnerami biznesowymi.  A już na pewno takich, którzy wiele lat działali w jednostkach specjalnych…

Ale nie mnie to oceniać.

Skupmy się na czym innym. Kto przekazał mediom informację o chorobie generała Petelickiego ?

Tą osobą był Jarosław Rybak - polski dziennikarz, publicysta militarny, były rzecznik prasowy MON oraz BBN. Z wykształcenia pedagog – tak przynajmniej wynika z jego oficjalnego życiorysu.
Ale, że mi takie informacje nie wystarczyły, postanowiłem bliżej zapoznać się z biografią pana Rybaka. Cóż mi z tego wyszło. Oto mały research :
Jarosław Rybak urodził się w 1970 r. Jedyny dziennikarz, jeden z niewielu Polaków, który ma prawo nosić Honorową Odznakę jednostki GROM. W 2002 r. brał udział w selekcji do GROM-u.

Od 1997 zajmuje się tematyką sił specjalnych. Publikował m.in. w "Komandosie" , "Polsce Zbrojnej" , "
 Żołnierzy Polskim" , "Super Ekspresie" , "Trybunie Śląskiej".
Jest autorem książki "Komandosi. Jednostki specjalne Wojska Polskiego" oraz haseł dotyczących Polaków w " Encyklopedii oddziałów specjalnych".
Kilka miesięcy spędził wśród żołnierzy biorących udział w misjach w Kosowie , Bośni , Afganistanie , Kuwejcie i Iraku.
(…)W latach 1997–2002 był reporterem dziennika „Trybuna Śląska”. W 2002 podjął pracę w tygodniku „Polska Zbrojna” oraz miesięczniku „Żołnierz Polski”, a od 2005 rozpoczął pracę w dzienniku „Super Express”.
W 2002 brał czynny udział w selekcji do jednostki GROM, dwa lata później został pierwszym dziennikarzem wyróżnionym Honorową Odznaką GROM. W 2007 był doradcą Ministra Obrony Narodowej ds. prasowo-informacyjnych – rzecznikiem prasowym Ministerstwa Obrony Narodowej. Od grudnia 2007 do grudnia 2010 r. pracował w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego – był dyrektorem Departamentu Komunikacji Społecznej BBN i jednocześnie rzecznikiem prasowym BBN.
Od 1996 należy do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a od 2010 do International Federation of Journalists.
Autor książek:
§  „Komandosi. Jednostki specjalne Wojska Polskiego” (2003)
§  „GROM.PL” (2005)
§  „COMMANDO.PL” (2007)
§  "GROM2.PL" (2009)
§  „LUBLINIEC.PL Cicho i skutecznie” (2011)
§  współautor haseł w „Encyklopedii oddziałów specjalnych” (2004)
§  autor haseł o wojskach specjalnych w albumie „Wojsko Polskie” (2007)
źródło: Wikipedia

Na stronie internetowej Jarosława Rybaka znajdują się skany artykułów, które wyróżnił ze swojej pracy dziennikarskiej. Pierwszy z nich to „Reportaż o organizatorze demonstracji antysemickich w Oświęcimiu”.
Plus Minus – dodatek do Rzeczpospolitej nr 127 z 1-2 czerwca 1996 r.
Autor miał wtedy 26 lat.
Teraz wróćmy do poprzedniej informacji, dotyczącej przyjęcia do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Jakie są warunki otrzymania członkostwa ? Określa to procedura przyjęcia do SDP.
(…)Kandydat, mający co najmniej dwuletni staż w dziennikarstwie, wypełnia druk ankiety, na której rekomenduje go dwóch członków naszego stowarzyszenia; do deklaracji należy dołączyć wycinki prasowe z publikacjami bądź taśmy, a także fotografię.
Wszystkie te materiały należy złożyć w sekretariacie oddziału SDP, właściwego dla miejsca zamieszkania dziennikarza ubiegajacego się o członkostwo. Komisja Członkowska, która je rozpatruje i kwalifikuje, zbiera się okresowo, w zależności od ilości zgłoszeń, nie rzadziej jednak niż raz na 6 tygodni. Po wyrażeniu przez komisję pozytywnej opinii - wniosek o przyjęcie dziennikarza na członka SDP zatwierdza zarząd oddziału.
Źródło  : SDP
Wynika więc z tego, że pan Jarosław Rybak musiał rozpocząć swoja przygodę z dziennikarstwem zawodowym już w  1994 roku, mając 24 lata. Czyli od zakończenia studiów.  Aby uzyskać odpowiednią rekomendację, musiał pisać rzetelne artykuły przez co najmniej dwa lata. Jednak ja nie znalazłem informacji o artykułach sprzed 1996 roku, a sam Jarosław Rybak nie przedstawia w swym życiorysie wątku dziennikarskiego od 1994 roku. Pierwszy, zamieszczony przez niego artykuł jest datowany na 1996 rok (!)
Jakie artykuły pisał pan Jarosław Rybak, z kim prowadził wywiady i gdzie wyjeżdżał nie mając jeszcze trzydziestki na karku. Jest to również ciekawa lektura.
1.      Rozmowa o antypolonizmie w Izraelu z pisarką, poetką, tłumaczką, więźniarką obozów koncentracyjnych Haliną Birenbaum.
Rzeczpospolita z 28 sierpnia 1996 r., s. 28.
2.      Relacja ze spotkania dziennikarza Jarosława Gugały z widzami. Opowieści dotyczące relacji między dziennikarzami i politykami. Kulisy debaty telewizyjnej między Lechem Wałęsą a Aleksandrem Kwaśniewskim, która zdecydowała o tym, że L. Wałęsa przegrał wybory prezydenckie w 1995 r.
Trybuna Śląska z 23 grudnia 1998 r., s. 4.
3.      Reportaż z odwiedzin u Lecha Wałęsy, byłego prezydenta RP.
Trybuna Śląska DZIEŃ nr 299 z 23 grudnia 1999 r.
4.      Rozmowa z generałem dywizji Sławojem Leszkiem Głodziem, biskupem polowym Wojska Polskiego o roli kapelanów w Wojsku Polskim, kontrowersjach wokół filmu „Kawaleria Powietrzna” oraz „fali” w seminarium.
Trybuna Śląska DZIEŃ z 7 marca 2000 r.
5.      Rozmowa z Markiem Siwcem, szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
Trybuna Śląska DZIEŃ z 12 maja 2000 r.
6.      Rozmowa z ministrem obrony narodowej Bronisławem Komorowskim.
Trybuna Śląska DZIEŃ z 5 września 2000 r., s. 11.
To tylko niektóre z artykułów młodego wtedy dziennikarza, lecz należy przyznać, że jest to sama „ciężka artyleria”
Zainspirowało więc mnie to nazwisko i zacząłem szukać dalszych informacji na temat Jarosława Rybaka. Nasza klasa – pudło. Myślałem, że tam znajdę jakieś informacje szkolne. W wyszukiwarkę wpisywałem więc różne konglomeraty słów wraz z nazwiskiem. Np. „Jarosław Rybak absolwent”

I tutaj strzał w dziesiątkę. Na stronie : http://student.onet.pl/finanse/nie-kazdemu-oplaca-sie-studiowac,5,4405036,special-art.html znalazłem taki oto tekst :
Zamiast kieratu szewska pasja
1 cze 11, 10:09Marek Rabij/Newsweek Polska
Kto powiedział, że po studiach nie można być szewcem?
Jarosław Rybak, 41 lat, Lublin:
Szewcy.pl to firma rodzinna. Co nie znaczy, że z tradycjami. W naszych rodzinach nigdy nie było rzemieślników, a studia i dalsza kariera były właściwie naturalną drogą rozwoju. Dlatego ja jestem pedagogiem po resocjalizacji, moja żona Iza politolożką i dziennikarką. Jeszcze pięć lat temu pracowaliśmy w Warszawie na kierowniczych stanowiskach: ja w firmie handlującej częściami do samochodów, Iza w firmie telekomunikacyjnej. Mieszkaliśmy w kawalerce na Mokotowie, do której wracaliśmy o dwudziestej, kładliśmy się spać i rano znowu do pracy. Musieliśmy coś zmienić. Zacząłem rozglądać się za franszyzami.
Prawie mi się udało, bo znaczna część tych informacji zgadza się z życiorysem TEGO Jarosława Rybaka. Pozostałe „szczegóły” są odmienne.
Ale jeśli przyjrzeć się kwestom zasadniczym to zbieżności są, zaiste, zastanawiające.
I jeden i drugi Rybak urodzili się w 1970 roku. I jeden i drugi są pedagogami. Pozostaje jeszcze tylko kwestia zamieszkania – jeden w Lublinie, drugi w Lublińcu. No cóż, to tylko takie małe podobieństwo pierwszego członu nazwy miasta…
Lecz wtedy przyszło mi na myśl, że gdzieś już czytałem o podobnych „kwestiach” dotyczących tożsamości i znów mnie oświeciło :
Wiktor Suworow „ GRU”
 (…)Dla GRU cennym źródłem dokumentów w są studenci. Za godziwą opłatą regularnie „gubią”  paszporty, nie wspominając już o mniej cennych papierach. (…)

(…)Po przybyciu na miejsce podstawowym celem ,,nielegała'' jest legalizacja, czyli zdobycie autentycznych dokumentów (…)

(…)Najlepiej jeśli ,,nielegalny'' jest niezależnym dziennikarzem, jak wspomniany już Richard
Sorge,  czy artystą, jak Rudolf Abel, czyli panem swego czasu i swych pieniędzy. Bez wzbudzania
niczyich podejrzeń może rozmawiać z premierem, prostytutką czy pracownikiem elektrowni
atomowej.  Jeśli przez trzy miesiące nie chce mu się pracować -  to jego problem. Jeśli otrzyma przekaz na kilka tysięcy dolarów - też nikt się tym nie zainteresuje, bo przy takim zawodzie to normalne.(…)
Oczywiście posunąłbym się za daleko, twierdząc, że Jarosław Rybak jest  „nielegałem” lub agentem GRU.  To zapewne zwykła zbieżność nazwisk, daty urodzenia i wykształcenia.  A to, że ktoś jest dziennikarzem, który bardzo szybko zdobywa sobie przychylność  świecie polityki i tajnych służb, odbywa wiele podróży zagranicznych w różne zakątki świata i ma dostęp do informacji oraz sam kształtuje pewne obszary bezpieczeństwa narodowego Polski, to zapewne dzięki wrodzonemu talentowi… I oczywiście, pewne obszary  życiorysu , właśnie ze względu na taka działalność powinny pozostać tajemnicą…
Jednak jeśli nawet pominąć podejrzenia związane z działalności a wywiadowczą, nie sposób zignorować innych ciekawych informacji :
W wywiadzie udzielonym radiu Wnet, generał Petelicki mówi o poważnych nieprawidłowościach w GROM, „przekrętach” na ponad 6 mln zł w które zamieszany był  m.in. generał Polko.
Ponadto istniał poważny konflikt pomiędzy generałami opisany przez TVN24 :
(…)Jak wiele ich różni pokazała czwartkowa dyskusja w "Rozmowie Rymanowskiego". W jej trakcie padły wyzwiska o brak honoru oraz wzajemne oskarżenia o kłamstwa. Generałów podzieliła sprawa dowódcy GROM-u płk. Dariusza Zawadki, któremu jeden z komandosów zarzucił m.in. nieprawidłowości w polityce kadrowej. Żołnierz ten został ostatecznie zwolniony. Po stronie Zawadki stanął Petelicki, po stronie zwolnionego - Polko.(…)
Co ma z tym wspólnego Jarosław Rybak ?
Być może nic, lecz czy nie jest również znamienne, że to właśnie Jarosław Rybak wspólnie z generałem Polko są prelegentami na tej samej konferencji ? :
(…) Stowarzyszenie Studenci dla Rzeczpospolitej, którego prezesem jest Paweł Kurtyka, zorganizowało 3 marca w Warszawie konferencję o stanie polskiej armii, z udziałem gen. Romana Polsko, Jarosława Rybaka i doktora Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego. Koordynatorami konferencji byli Joanna Lasota, Michał Andrzejewski, Paweł Kurtyka i Izabela Bogucka. Korzystając z uprzejmości Zarządu Stowarzyszenia poprosiliśmy o przekazanie panelistom pytań także od Portalu ARCANA. Publikujemy odpowiedzi gen. Polki i J. Rybaka, a w najbliższych dniach umieścimy także artykuł dra Żurawskiego vel Grajewskiego na temat polskiej armii. (…)
A oto jeszcze jedna kwestia, w której pojawia się inne znane nazwisko, obok Jarosława Rybaka. Jak widać dziennikarze śledczy szykają źródeł informacji wszędzie gdzie tylko mogą. (dla przypomnienia – to Roman Osica poinformował o pierwszych ustaleniach prokuratury w sprawie śmierci generała Petelickiego). Przytaczam całość tej informacji :
Konferencja pt. „Zarządzanie informacją w sytuacjach kryzysowych” (2009-03-18 08:58)

W dniu 17 marca 2009 r. w Hotelu Łazienkowskim w Warszawie odbyła się konferencja pt. „Zarządzanie informacją w sytuacjach kryzysowych”, zorganizowana przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Rządowe Centrum Bezpieczeństwa. Konferencja była kontynuacją i rozwinięciem problematyki zasygnalizowanej podczas seminarium "Kryzys i ochrona ludności – wsparcie psychologiczne i zarządzanie informacją", które odbyło się 16 grudnia 2008 r. w siedzibie Szkoły Głównej Służby Pożarniczej w Warszawie.
Celem przedsięwzięcia było omówienie różnorodnych aspektów komunikowania kryzysowego, w tym zasad prowadzenia efektywnej polityki informacyjnej oraz współpracy z mediami w sytuacjach kryzysowych w kontekście zagrożeń różnego typu, a także analiza nieprawidłowości w tym obszarze oraz ich skutków dla działań reagowania kryzysowego w danej sytuacji. W ramach konferencji przeprowadzono trzy sesje, poświęcone odpowiednio: polityce informacyjnej i medialnej w kryzysie, komunikacji kryzysowej w kontekście ochrony zdrowia publicznego oraz informowaniu publicznemu w sferze bezpieczeństwa wewnętrznego.
Konferencję otworzył Dyrektor Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji Antoni Podolski, wykład wprowadzający przedstawił dr Przemysław Guła, Szef Biura Monitorowania i Analizy Zagrożeń Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Następnie głos zabrali prelegenci poszczególnych modułów; w kolejności wystąpień: Pan Philip Moore (Police Service of Northern Ireland), Roman Osica (Dziennikarz RMF FM), st. bryg. mgr Paweł Frątczak (Rzecznik Prasowy Komendanta Głównego Państwowej Straży Pożarnej), Joanna Kozińska-Frybes (Zastępca Dyrektora Departamentu Konsularnego i Polonii Ministerstwa Spraw Zagranicznych), Jarosław Rybak (Dyrektor Departamentu Komunikacji Społecznej Biura Bezpieczeństwa Narodowego), dr Paweł Trzciński (Kierownik Zakładu Komunikacji Społecznej Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego - Państwowego Zakładu Higieny), prof. J. Paulo Moreira (Deputy Head of Health Communication Unit, European Centre for Disease Prevention and Control), Paweł Chomentowski (Centrum Antyterrorystyczne), podinsp. dr Mariusz Sokołowski (Rzecznik Prasowy Komendanta Głównego Policji), dr Paweł Kobes (Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego) oraz mjr Luiza A. Sałapa (Rzecznik Prasowy Centralnego Zarządu Służby Więziennej).
Wśród ok. 150 uczestników konferencji znaleźli się m.in. przedstawiciele wydziałów bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego urzędów wojewódzkich i urzędów miast, rzecznicy prasowi wojewodów, przedstawiciele służb prasowych komend wojewódzkich i powiatowych Policji i PSP, reprezentanci podmiotów ochrony zdrowia publicznego oraz wielu centralnych instytucji administracji publicznej (w tym Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Kancelarii Prezydenta RP). Konferencję zakończono dyskusją panelową z udziałem wszystkich prelegentów i uczestników.
źródło: www.mswia.gov.pl
Na koniec chciałbym jeszcze napisać coś o chorobie Alzheimera. Jej leczenie opiera się głównie na lekach będących inhibitorami cholinoesterazy. Podobne działanie maja również leki stosowane w znieczuleniu do operacji chirurgicznych a w szczególności używane do zwiotczenia pacjenta przed intubacją. Wykrycie metabolitów takich leków jest trudne. Nawet jeśli stwierdzono by, że generał Petelicki zażywał jakieś leki przed „samobójstwem”, to przecież „chorował na Alzhimera” i mógł mieć metabolity leków zwiotczających lub opioidów we krwi.
 A to, że podobnych specyfików używa Specnaz do usypiania terrorystów przed atakiem (np. na teatr na Dubrowce) a laboratoria moskiewskie pełne są „tajnych” specyfików opartych na związkach chemicznych wchodzących w skład leków znieczulających, zwiotczających, lub usypiających to oczywiście również nie ma nic do rzeczy…
TEKSTY WCZEŚNIEJSZE NA TEN TEMAT
2. Autorotacja pocisku w głowie generała Petelickiego.

Ze źródeł zbliżonych do służb i prokuratury możemy się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy. Jedną z takich fascynujących zagadek jest zachowanie się kuli, wystrzelonej z pistoletu, która w jakiś cudowny sposób zaczyna lecieć torem nieznanym współczesnym badaniom balistycznym.
Piszą o tym oczywiście wszystkie znane portale i gazety, ale każda z tych instytucji medialnych zbierała chyba informacje od innych prokuratorów – stąd , być może nadal nie ustalono ostatecznie czy :
1.       Generał Petelicki włożył sobie pistolet do ust, a kula po wystrzale wyszła koło skroni.
2.       Generał Petelicki włożył sobie pistolet do ust, a kula nie wyszła nigdzie po wystrzale i jest tylko jedna ran postrzałowa.
3.       Generał Petelicki włożył sobie pistolet do ust, a kula wyszła z tyłu głowy.
4.       Czy też  jak wynika z ostatniej wersji „scenariusza”, generał zginął od kuli wystrzelonej w skroń, a ta wypadła z drugiej strony głowy .
No to w końcu jak jest ? Ile było pocisków, łusek, wystrzałów i ran postrzałowych ? Może prokuratura zdecyduje się na jakąś wersję i nie będzie tak zwodzić redaktorów śledczych. A może jednak jest problem z tymi „ranami postrzałowymi” i pociskiem, który przecież trzeba jakoś odnaleźć przed sekcją.  Teraz można już powiedzieć, że sam z głowy wypadł i znaleziono go „przypadkiem” w czarnej folii, po wyjęciu z niej zwłok generała.
A tutaj „bibliografia” :
PAP, tvp.info | aktualizacja 2012-06-17 (16:38)

(…)Z ustaleń portalu tvp.info wynika, że gen. Sławomir Petelicki popełnił samobójstwo wkładając sobie pistolet do ust. Kula wyszła w okolicach skroni. Jego ciało znalazła żona w sobotę przy samochodzie w podziemnym garażu, apartamentowca na Mokotowie, gdzie mieszkali. Obok zwłok leżał pistolet. Kobietę zaniepokoiło, że mąż w pewnym momencie wyszedł z mieszkania i powiedział, że idzie do garażu. Po jakimś czasie żona zjechała windą do podziemi i tam znalazła męża w kałuży krwi. 

Znamy wstępne ustalenia z sekcji zwłok gen. Petelickiego

Wczoraj, 18 czerwca (17:05)
Jedna rana postrzałowa głowy i brak jakichkolwiek śladów wskazujących na udział osób trzecich w śmierci Sławomira Petelickiego. Takie ustalenia znalazły się we wstępnym raporcie z sekcji zwłok generała, do którego dotarł reporter RMF FM Roman Osica.

 Wyniki badań toksykologicznych Sławomira Petelickiego mają być znane w ciągu najbliższych dni. Generał zginał w sobotę po południu w podziemnym garażu bloku, w którym mieszkał w Warszawie. Znaleziono przy nim broń, z której padł strzał.
Dziennikarz śledczy RMF FM Roman Osica ustalił, że Petelicki nie zostawił listu pożegnalnego. Mimo to prokuratorzy nie mają wątpliwości, że były dowódca GROM-u popełnił samobójstwo. Ciało Petelickiego oraz broń były ułożone w ten sposób, że wykluczają udział osób trzecich. Ponadto pistolet przed strzałem został włożony do ust. Na zabezpieczonym monitoringu co prawda nie widać co dzieje się w momencie strzału, jednak można z całą pewnością stwierdzić, że w okolicach samochodu generała nie było nikogo poza nim.

FAKT 19 czerwca 2012 wtorek
Prokuratorzy są raczej przekonani, że Sławomir Petelicki (†66 l.) sam sobie strzelił w głowę. O samobójstwie świadczy m.in. zapis z monitoringu garażu, gdzie widać, jak generał zakończył życie. Na filmie z kamer nie widać żadnej obcej osoby. Ale śledczy nie znają odpowiedzi na pytanie, dlaczego to zrobił. Współtwórca jednostki antyterrorystycznej GROM nie zostawił listu pożegnalnego. Dlatego wszczęto śledztwo, które ma zbadać, czy nie było kogoś, kto namówił, albo zmusił generała do takiego czynu. Faktowi udało się odtworzyć ostatnie godziny życia byłego szefa polskich komandosów...

(…)Niestety, kamera obejmuje tylko główny korytarz i przody zaparkowanych po bokach aut. Gdy Petelicki wchodzi między jeepa a hondę, znika z zasięgu kamery. Jest kilka minut po 15...
Od tej chwili taśma nie rejestruje żadnego podejrzanego ruchu, nikt nie pojawia się w tej części garażu. Dzień, jak zeznają ochroniarze apartamentowca, gdzie mieszkają Peteliccy, był po południu „wyjątkowo senny”. Mija godzina i mniej więcej ok. 16 Petelicki staje między tyłem swojego jeepa a ścianą garażu, wkłada lufę pistoletu w usta i naciska spust. Kula wychodzi tyłem głowy. Ciało osuwa się na beton, a pistolet pada tuż obok. Krew z rany powoli rozlewa się po podłodze aż na główny korytarz. Ale to nie wzbudza zainteresowania ochrony, zapis nie jest bardzo wyraźny, poza tym nie ma dźwięku, więc nie słychać strzału. Nie wiadomo, co generał robił w samochodzie prawie godzinę. (…)

Żona Agnieszka zaczyna się niepokoić o męża dopiero po dłuższym czasie. Dzwoni na komórkę. Ta nie odpowiada. Dzwoni drugi raz, a potem trzeci. Wreszcie dopiero po trzech godzinach od wyjścia męża z mieszkania, ok. godziny 18 postanawia zjechać na dół i sprawdzić parking. Wychodzi w garażu na korytarz i widzi przody rodzinnych aut. Dostrzega dziwną kałużę między nimi. Przyspiesza i to co za chwilę zobaczy, ją poraża. Mąż leży koło tylnego koła terenówki, tuż pod ścianą. Cały w kałuży krwi. Zszokowana kobieta zawiadamia pogotowie i policję, bo leżący obok pistolet i rana w głowie nie pozostawia złudzeń, że doszło do tragedii.
Po chwili przybiega ochrona, pojawiają się funkcjonariusze i lekarze. Reanimacja generała nie ma sensu - to był jeden, celny, śmiertelny strzał...

19.06.2012  9.00
Z ustaleń portalu Niezależna.pl wynika, że gen. Petelicki zginął w wyniku strzału z przyłożenia do skroni. Potwierdził to w rozmowie z nami rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie Dariusz Ślepokura.

- Z mojej wiedzy wynika, że przyczyną śmierci był strzał z przyłożenia do skroni – tłumaczy w rozmowie z portalem Niezależna.pl prok. Ślepokura.

Prokuratura podała już oficjalnie wynik wynik sekcji zwłok gen. Petelickiego. Sekcja - jak twierdzą śledczy - nie wykazała śladów wskazujących na "udział osób trzecich" w tragedii.

"Wstępne wyniki sekcji potwierdzają wyniki oględzin ciała" - poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie Dariusz Ślepokura. Dodał, że potwierdzono postrzał głowy - rana jest wlotowa i wylotowa; nie ma innych obrażeń ciała.

Prokuratura zarządziła badania toksykologiczne na obecność substancji odurzających w ciele 
zmarłego. Wyniki mają być znane miej więcej za kilka tygodni, razem z całościową opinią sekcji zwłok.

Ślepokura powiedział, że ani przy denacie, ani w jego domu nie znaleziono żadnego listu pożegnalnego. Zabezpieczono nagrania z monitoringu (jak dowiedział się portal Niezalezna.pl w prokuraturze - kamery z podziemnego parkingu nie sięgały miejsca, gdzie padł strzał). Trwają przesłuchania świadków, w tym osób najbliższych.



1. Śmierć generała Petelickiego - dalsze nieścisłości

W dniu dzisiejszym prokuratura ogłosiła na jakim etapie prowadzone jest postępowanie w sprawie śmierci Sławomira Petelickiego. Z wypowiedzi prokuratora wynika iż :
Na miejscu zdarzenia znaleziono pistolet z którego prawdopodobnie padł strzał, oraz łuskę. Strzal zostal oddany w głowę, gdzie widnieje jedna rana postrzałowa.
Żadnych innych ran nie stwierdzono. Ciało generała Petelickiego zostanie poddane sekcji w dniu jutrzejszym.
Prokuratura informuje również, że dokonano juz badań balistycznych broni i pocisku.
W jaki sposób udało sie prokuraturze zdobyć pocisk, skoro nie dokonano jeszcze sekcji ciała, a w głowie jest tylko jedna rana (należy domniemywac, że jest to rana wlotowa) Z informacji przekazanych przez prokuratora wynika, że oprócz pistoletu i łuski nie znaleziono niczego więcej (pocisku) ?
Ponadto nadal niejasne są okoliczności znalezienia ciała, a media podają sprzeczne informacje dotyczące zarówno miejsca , jak również godziny jego znalezienia i poinformowania policji przez rodzinę (żonę?). Nie nastąpiło również wyraźne dementi tych sprzecznych informacji i poszczególne media nadal je powielają.
Dodawane są ponadto słowa których prokurator nie wypowiedział - słuchałem dzisiaj dwukrotnie tych informacji i nie było mowy o ranie wlotowej i wylotowej, jak to, w nawiasie, podają niektóre portale internetowe. 
W pierwszych informacjach dotyczących śmierci Petelickiego nie było mowy o znalezieniu pocisku, tylko łuski ! Ponadto jezeli istnieje tylko rana wlotowa, nie jest możliwe wydobycie pocisku, bez wykonania sekcji, a sekcja , jak powiedział prokurator, została zaplanowana po ( ! ) wykonaniu badań balistycznych broni i pocisku !
Zupełnie sprzeczne są również lansowane przez niektórych potencjalne powody popełnienia samobójstwa. Są nawet informacje, że generał cierpiał na chorobę Alzheimera. (!)
Skoro wersja samobójstwa jest tak oczywista, dlaczego prokuratura bada  trzy wątki śmierci, informacje w mediach są tak sprzeczne, a konfabulacje niektórych sięgają zenitu ? 
I jeszcze jedno pytanie - kto poinformował media tak szybko? Jeśli przyjąć pierwszą "gorącą" wersję wydarzeń - to informacja mogła pochodzić jedynie od informatora zatrudnionego w policji. 
Zachęcam do dokładnego prześledzenia tych wszystkich wątków w portalach internetowych.
Sądzę ,źe ani policja, ani prokuratura nie tylko nie mówią o wszystkich okolicznościach,lecz wręcz nie doszło jeszcze (chyba przypadkiem) do precyzyjnego ustalenia wersji wydarzeń przekazanej do mediów, po "zbyt wczesnym" podaniu informacji o śmierci generała. A teraz trwa nadbudowywanie i dopisywanie scenariusza i znanym zwyczajem, mnogość wrzutek, oraz opinii "mędrców" i "znawców" tematu.


piątek, 15 czerwca 2012

DWIE STRONY KSIĘŻYCA

Tekst opublikowany na "Pomnik Smoleńsk"  >


Pakt musiał być podpisany znacznie wcześniej. 10.04.10 był jedynie datą realizacji wcześniejszych ustaleń i przygotowań.  „Wspólnicy” tego porozumienia musieli mieć czas nie tylko na przygotowanie „techniczne” ale również na przygotowanie całego scenariusza wydarzeń, w którym role zostały przydzielone poszczególnym członkom. W „sprawę” musiało być zaangażowanych bardzo wiele osób – polityków, przedstawicieli tzw. służb, prokuratorów, specjalistów biorących udział w tej "tragedii w kilku aktach”

Jest mało prawdopodobne, aby nie było takiego scenariusza. Nie teraz, kiedy obserwujemy przedstawienie i głównych aktorów, którzy pieczołowicie odtwarzają napisane dla nich role.
Wyobrażam sobie takie same „posiedzenia” grupy „przyjaciół” jak wtedy, gdy planowano obalić rząd Olszewskiego. Widzę jak planują całkowite przejęcie władzy po „unieszkodliwieniu” prezydenta Kaczyńskiego, podczas którego jedna z  postaci mówi do obecnych – tylko nie możemy nic skrewić, bo ON powiedział, że on ze swej strony wszystko już załatwił jak trzeba…
Widzę też drugą postać, z którą ustalane są szczegóły przejęcia urzędu prezydenta. Nikt nie może już wejść do biur…..
W zacisze gabinetu wzywani są dziennikarze, z którymi opracowuje się scenariusze nagonki medialnej, fałszerstw, dezinformacji, oraz kto kogo ma kryć „w razie czego…”
„Nasi” muszą kontrolować wszystko – prokuraturę, media, ekspertów… A są też tacy, którzy zajmą się całą resztą – „badaniami” wraku, tworzeniem wrzutek do mediów, a także „popracują” nad tym, aby „Unia” się nie wtrącała.  Nad Obamą zaś „popracuje” sam głównodowodzący. USA są teraz słabe, nikt nie będzie „dociekał”…

Być może ten scenariusz był inny, ale już teraz można powiedzieć, że czym innym jest polityczna rzeczywistość kreowana przez media, a czym innym zachowania niektórych polityków i tzw. „zaplecza”, które swoje prawdziwe oblicze potrafi pokazać tylko wtedy, gdy nikt nie rejestruje tego co robi. Wtedy właśnie zmienia się język rozmowy i padają słowa bliższe słownika grypsery.
Rozpowszechniane kłamstwa są prymitywne. Ale to nie ma najmniejszego znaczenia. Społeczeństwo już od dawna poddawane jest rozmiękczaniu mózgów.  I choć każdy rozsądny człowiek zaczyna się zastanawiać, czy aby nie postradał zmysłów, to głosu tych „rozsądnych ludzi” nie słychać.

 W kakofonii papki medialnej ginie głos rozsądku. Nie ma co mówić o jakimkolwiek sensie , logice i naukowych dowodach, bo gdy tzw. „autorytety” publicznie podważają elementarne zasady logiki i  nauki, to można uznać, że ludzie ci są albo niespełna władz umysłowych, albo za wariatów mają społeczeństwo.
 I niestety mają rację, bo część społeczeństwa przyjmuje na wiarę nowe paradygmaty, a także, co gorsza, same podsyca jeszcze bardziej ten stos, na którym płoną logiczne i zdroworozsądkowe teorie. Na stosie pogardy i kłamstwa giną dowody winy, oraz następuje całkowite przewartościowanie pojęć które dotychczas niosły ze sobą jednoznaczność wartości, których są desygnatami.

Sprawa Smoleńska cofa społeczeństwo w czasy średniowiecza. Pojawiają się „mędrcy”, którzy  „obalają” podstawowe prawa nauk ścisłych, na rzecz nowoczesnych i wysoce rozwiniętych technik manipulacji, PR, zmodyfikowanej nowomowy i sztuki ogłupiania ludzi. Jedni robią to dlatego, ze dostają za swoją „pracę” wynagrodzenie. Inni poszukują możliwości intelektualnego wyżycia i nie bacząc na konsekwencje forsują publicznie tezy, które nie tylko poddają w wątpliwość sens jakichkolwiek metodycznie prowadzonych badań, ale również powodują skłócanie społeczeństwa. Najgorsze jednak jest to, że dopóki nie ma możliwości weryfikacji tez, bo dowody spoczywają gdzieś na betonowym placu, przykryte szarym i zakurzonym brezentem, każda próba dotarcia w ten sposób do prawdy musi skończyć się fiaskiem.

 Dwie strony księżyca.
Na początku zainteresowałem się tematem prowadzenia tzw. śledztwa blogerskiego na łamach portalu Salon24, którego sam byłem aktywnym uczestnikiem.  Było to zapewne przedsięwzięcie potrzebne – nie zdarzyło się bowiem do tej pory, że tak wiele osób mogłoby jednocześnie wypowiadać się i prowadzić własne dociekania w sprawie niesłychanie ważkiej, jakim była kwestia wyjaśnienia możliwego przebiegu wydarzeń 10.04.10. Praca zespołowa to najlepszy sposób na rozwikłanie wielu zagadek i analizę problemów, dla pojedynczego człowieka, niemożliwych do rozwiązania. Tak myślałem i myślę nadal, choć z perspektywy czasu zmienił się mój stosunek do  formy takiej współpracy.
 Zaciekawiła mnie postać osoby, która była założycielem i moderatorem bloga, na którym rozkładano na czynniki pierwsze wszelkie informacje dotyczące Smoleńska. Informacje te, zgromadzone w jednym miejscu, dawały niesłychanie obszerny ogląd sytuacji. Napisałem również kilka swoich komentarzy, w tematach, które znam z doświadczenia zawodowego, lub w kwestiach pewnej logiki wypowiedzi, co do której zawsze przywiązywałem dużą wagę.
Po pewnym jednak czasie zaniepokoił mnie fakt, że całe to „przedsięwzięcie” jest prowadzone w sposób metodologicznie błędny. Zamiast układać poszczególne elementy w spójną całość, wraz z wnikliwą weryfikacją „prawdziwości” informacji, a także jej źródeł, oraz badaniem wpływu różnych okoliczności na „zeznania” świadków, główny moderator dyskusji przyjął prawie od początku określoną tezę, którą „forsował” z pominięciem tzw. „głosów odrębnych”, skutecznie wykluczanych z forum dyskusji.
 Jak to wyglądało w praktyce ? Można posłużyć się kilkoma przykładami:
@Wunderman
Bardzo proszę nie obszczekiwać FYM-a.Chwila nieuwagi Gospodarza i znowu jakiś mądry inaczej wrzuca swój kamyk do cudzego ogródka.
AUGUSTYNKA0661 | 29.03.2011 15:10
@Wunderman
tyś się chyba tu zaplątał przez przypadek. Pa, pa
LALECZKA07082 | 29.03.2011 15:13
@Wunderman
won, esbeku.
FREE YOUR MIND143861691 | 29.03.2011 16:25

Takie słowa padły pod adresem blogera , który jedynie wyraził swoją wątpliwość w sprawie jednostkowej, a który pisze ostatnio na swoim blogu :
(…)Jedno zdanie na ten temat – dane zawarte w zapisach TAWS i FMS a teraz także i opublikowane ostatnie zdjęcie  Prezydenta Lecha Kaczyńskiego pozwalają na rzecz jedną – ostateczne ujawnienie roli blogera FYM w zaciemnianiu okoliczności smoleńskiej katastrofy. Kierowanie przez niego  uwagi na fałszywe przesłanki, manipulowanie faktami. Rzucanie podejrzeń wyłącznie na przedstawicieli strony polskiej. Proceder swój uprawiał do ostatnich chwil, wbrew wielokrotnej krytyce, wskazywaniu na fałsz i kłamliwość jego dociekań. Tu nie można mówić o nieświadomym działaniu. O roli „pożytecznego idioty”. A o czym? Wnioski pozostawiam Państwu. Sam pisałem na ten temat nie jeden raz.(…)

a tutaj wypowiedzi innych „wykluczonych” :

(…)Nabrałem poważnych wątpliwości do działań FYM-a, kiedy zauważyłem, że nagina fakty do hipotezy - jestem z wykształcenia rusycystą i zauważyłem kilka fundamentalnych błędów w tłumaczeniach stenogramów z baraku szympansów. Kiedy zwróciłem mu na to uwagę, zostałem dożywotnio zbanowany, bo podważyłem fundament jego wywodów.(…)

(…) Bardzo mnie zaniepokoiło, że właśnie rok temu pisząc do znanego blogera o tym, że jego teoria może ośmieszyć PIS i wyjaśnianie sprawy smoleńskiej dostałem bana. Nie ukrywam, że jeszcze rok temu uważałem ten blog za najbardziej wiarygodny i dążący do poznania prawdy. Pewnie nabrało się na tą teorię wielu Polaków. Wiele osób w tym mnie taka postawa blogera, bany itp. zniechęciła do szukania informacji na temat prawdy smoleńskiej. Trudno było wyczuć kto jest kim, czy teksty nie są manipulacją itp. Nabrałem podejrzeń, że za jedną osobą stoi sztab różnych ludzi ponieważ notki były długie i wychodziły w krótkim odstępie czasu. Szkoda, że wiele osób się zniechęciło przez to.(…)
Jak widać na powyższych przykładach, zastrzeżenia są poważne. Nie można mówić o  otwartości dyskusji, jeżeli z grona rozmówców eliminuje się osoby, które przyjmują inną interpretację tych samych zdarzeń, a na dodatek robi się to w sposób sprzeczny z zasadami zwyczajnej kultury wypowiedzi. Nie można mówić o obiektywizmie, jeżeli następuje manipulacja treścią w postaci np. błędnego tłumaczenia materiałów obcojęzycznych. Nie można, wreszcie,  mówić o „słusznych” intencjach i o odpowiedzialności, jeżeli nie bierze się pod uwagę konsekwencji, wynikających z przyjęcia takiej formy prowadzenia dyskusji i skutków błędnej analityki.

Zdaję sobie sprawę, że i ja, po tym tekście,  zostanę „wykluczony” z grona osób, które próbowały dotrzeć do prawdy, tworzących „społeczność” komentatorów bloga. Postanowiłem jednak przyjąć zasadę konstruktywnej „nieufności” wobec tez, które tylko dlatego zdobyły sobie rzesze zwolenników, że opierają się na pewnej subtelnej manipulacji, na przyjmowaniu za pewnik zdarzeń wątpliwych lub na odwrót – uznawaniu za nieprawdę tego, co może być prawdziwe – tylko na podstawie subiektywnych, czasami nielogicznych i nie do końca przemyślanych ocen.
 Nie przeczę, że sam uczestniczyłem w tej „gonitwie myśli i analiz”. Jednak wszystko ma swoje granice i nie można uczestniczyć w zbiorowym „gwałceniu mózgu” choćby intencje były jak najbardziej słuszne.
Być może zostanę przez niektóre z tych osób „namaszczony” na ubeka, towarzysza, trolla, prowokatora itd. Itp. Inwektywy takie są często używane przez tych, którzy dali się zmanipulować tokowi myślenia narzuconemu większości, przez treści tekstów i komentarzy jednego autora. Bezkrytyczność jest jednak w tym przypadku cechą niepożądaną.

Ale nie „bezkrytyczność” wpłynęła na moją decyzję o zaprzestaniu komentowania w tym miejscu, lecz fakt, że w pewnym momencie doszło o ewidentnych ataków ze strony zwolenników „jednej prawdziwej teorii”  na przewodniczącego Komisji Parlamentarnej, powołanej  właśnie po to, aby zbadać przyczyny „katastrofy” prezydenckiego Tupolewa. Im bardziej ataki te się nasilały i im bardziej nagłaśniano tezy o „dwóch miejscach” tym bardziej moja nieufność wzrastała.
Przełom nastąpił później. Nie analizując szczegółowo wszystkich różnic teorii „maskirowki”,  z badaniami Zespołu Parlamentarnego, moją uwagę zwróciła jednak zasadnicza rzecz. Pomimo ujawnienia zupełnie nowych faktów, ewidentnie przeczących „jedynej prawdziwej teorii blogerów”, lub , co najmniej, podważających jej niektóre założenia, „Czerwona strona księżyca” pozostała niewzruszona w głoszeniu swojej „prawdy”, a ataki jej członków na tych, którzy mieli zdanie odrębne nasiliły się.
Nie wstrząsnął mną fakt, że mogą pojawić się różnice, lecz to, że wiele osób dało się zwieść tym dociekaniom i uznało je jako jedyną możliwość wyjaśnienia tragedii z 10 kwietnia. A największym wstrząsem był skutek tego „niezależnego śledztwa”, czyli publiczne podważenie ustaleń Zespołu Parlamentarnego, włącznie z podważaniem badań przeprowadzonych przez wybitnej klasy ekspertów.  Okazało się, że wielomiesięczna „praca” blogerów posłużyła do stworzenia oręża przeciwko tym, którzy jako jedyni, w chwili obecnej, podążają prawidłowym torem badań , odkłamując wykreowaną rzeczywistość.
Aby uzupełnić ten i tak już dość dług wstęp dodam, że „bezkrytyczność” dotknęła również jedną z dziedzin, która jest dla mnie chyba największą pasją od wielu lat. Ewidentne błędy metodologiczne i merytoryczne wykażę jako jeden z przykładów fałszywego toku rozumowania.

Logika badaczy i komentatorów
Dzisiaj, przeglądając niektóre komentarze i teksty na temat Smoleńska, znalazłem jeden przykład takiego rozmiękczenia mózgu, który nie pozwala człowiekowi na obiektywizm i skazuje go na bezmyślne brnięcie drogą do nikąd. Ktoś napisał, że wg niego, ostatnie zdjęcie prezydenta Kaczyńskiego, wykonane w samolocie lecącym na uroczystości katyńskie „wygląda mu na fotomontaż”.
Jako, że dziedzina fotografii jest mi bardzo bliska, nie omieszkałem zwrócić uwagi na zupełny brak podstaw do takiego stwierdzenia, jeśli nie ma się dużego doświadczenia zarówno w fotografii, jak również w cyfrowej kreacji obrazu, oraz szczegółowo objaśniłem kwestie techniczne w tym akurat przypadku – czyli dlaczego zdjęcie wygląda tak, jak wygląda.
Oczywiście wątpienie przypisane jest ludzkiej naturze, jednak czasem przybiera ono formę karykaturalną. Jak coś komuś nie pasuje, to prewencyjnie zaczyna wątpić w obraz który widzi, lub doszukuje się wątpliwości w sprawach, które bardzo łatwo jest odczarować z „aury tajemnicy”, gdy posiada się pewna „tajemną” wiedzę.

 Są jednak ludzie, którzy uwielbiają wręcz komplikować sprawy stosunkowo proste do wytłumaczenia., stwarzając pozory dociekliwości. Gdy przyjdzie im zderzyć się z faktem namacalnym, zaczynają zachowywać się jakby dotknięci byli „syndromem wyparcia”.
Ten prosty przykład zachowania jednego człowieka jest tylko mała częścią zachowania pokaźnej rzeszy społeczeństwa, która na postawie tak mylnie pojmowanej „analizy” tworzy byty tyleż niesamowite, co nierealne. Co gorzej, zachodzi tutaj zjawisko zachowań stadnych. Przecież jeśli inni tak twierdzą, to znaczy, że „coś w tym musi być”, albo, że „to jest prawda”
Prawda natomiast stoi sobie z boku i pobłażliwie się uśmiecha. Tak jak nauczyciel, stojący nad uczniem, gdy ten pisze wypracowanie i popełnia błąd za błędem.
Ale tak właśnie jest, gdy analizy dokonują osoby nie mające pojęcia o metodologii prowadzonych przez siebie „badań”. Analiza zeznań świadków, którzy słyszeli wybuchy, widzieli miejsce tragedii, identyfikowali ciała ofiar, komentowali, jako dziennikarze, te tragiczne wydarzenia, zawsze obarczona będzie metodologicznym błędem, jeśli towarzyszy jej brak wiedzy o zjawiskach towarzyszących traumie tragedii. Osoby, które będą mówić o sprzecznych relacjach świadków, nie będą brały pod uwagę tego, że w chwilach największych, negatywnych emocji ludzie potrafią zachowywać się irracjonalnie i,  że jest to wiedza znana psychologom, psychiatrom, śledczym.  Właśnie to wyróżnia zeznania prawdziwe od fałszywych, że te pierwsze mogą się po pewnym czasie zmieniać, nabierać innego kształtu, bowiem pamięć ludzka jest zawodna i płata figle, podobnie jak zmysły. Tymczasem fałsz, paradoksalnie, jest powielany jak przez kalkę – aktor powtarza swoją rolę zawsze tak samo, niekiedy tylko z lekka zmieniając intonację.
Na tego typu schematach myślowych tworzone są właśnie te wszystkie niespójne teorie, opierające się na fałszywych tezach i założeniach, nie uwzględniających obiektywnej rzeczywistości, a przede wszystkim pozbawionych analizy wielu elementów tej makabrycznej układanki. Zamiast logicznych puzzli, pojawiają się kostki domina. Wystarczy potrącić jeden i cała konstrukcja zaczyna się walić.

Metodologia
Czytając „Raport końcowy” blogerskiego śledztwa starałem się wyłowić fragmenty, które pokazują w wyraźny sposób, przyjęte „metody badawcze”. Zagłębiając się w lekturę nie sposób jest nie dostrzec niewątpliwej erystyki autora, której przejawem są dość długie opisy materii nie związanej z prowadzonym „dochodzeniem”.  Sam wstęp zajmuje osiem pierwszych stron publikacji. Nie chodzi jednak o to, by „waga” publikacji opierała się na jej obszerności, lecz by zgromadzony materiał ująć w sposób możliwie syntetyczny. Tej cechy publikacji niestety nie dostrzegam, choć autor wyraźnie podkreśla, że było to jego celem.
Nie chcę oczywiście zagłębiać się we wszystkie aspekty tej publikacji. Nie podobna jest zawrzeć w krótkim tekście polemiki ze wszystkimi „tezami” i analizami materiałów zgromadzonych na ponad 500 stronach. Mój tekst byłby wtedy zbyt rozwlekły i nieczytelny. Intencją moją jest pokazanie pewnego zjawiska, które towarzyszy nieodłącznie tej publikacji, od czasu, gdy jej autor zamieścił pierwsze teksty na swoim blogu.
Co było bodźcem do powstania „Czerwonej strony księżyca”? Pisze o tym sam autor :
Str 9
(…)Jakoś się utarło na przestrzeni roku 2011, że hipoteza 2m (skrótowo h2m5) to „moja hipoteza”, gdy tymczasem, Bogiem a prawdą, ta wersja wydarzeń wyłaniała się po prostu w blogosferze właściwie bez mojego aktywnego udziału(…)
(…)Za jej początek chyba należałoby przyjąć krążącą po Sieci notkę jakby czeskich specsłużb (z 14 kwietnia 2010), informującą o tym, że na Siewiernym nie doszło do katastrofy, zaś delegację skierowano/uprowadzono do Lipiecka(…)Tłumaczenie podaję za blogerem  FanBieszczad : (…)W przeciągu niecałych dwu godzin w mediach pojawiło się wideo z reportażem (również było nagrane około godziny po wypadku) w którym strażacy kończą gasić pożar, przy czym używali wody!! (zamiast piany), której używa się w tego typu sytuacjach. Przy czym każde lotnisko jest wyposażone w "piankę HZ".
(Raport MAK str 102 :
10:55 - przybycie pierwszego zespołu strażackiego z PCz-3, podano dwa strumienie  GPS-600 (pianowe) i  2 strumienie SWP)
(…)O losie załogi i pasażerów po lądowaniu nie chcę się tu wypowiadać, ale śmiem twierdzić, że był on dużo dramatyczniejszy niż się oficjalnie podaje. Jest więcej dowodów technicznych, które podważają prawdopodobieństwo wypadku, ale czytanie takiego tekstu zajęłoby sporo czasu i byłoby nieinteresujące dla laików w dziedzinie fizyki (14 kwietnia 2010r.)
Hipoteza 2M „wyłoniła się” więc 14 kwietnia 2010 roku z notki „jakby czeskich spec służb” krążącej „po sieci”. Być może istnieją jakieś spec służby, które dzielą się na forum publicznym zdobytymi przez siebie informacjami 4 dni po zaistniałym wydarzeniu  i dysponują przy tym dowodami technicznymi (oczywiście” nie interesującymi dla laików w dziedzinie fizyki”), lecz czytanie takiego tekstu zajęłoby sporo czasu (!)
 A ile czasu zajęłoby napisanie takiej „pracy technicznej”, zawierającej analizy dowodów, które niepodważalnie wskazywałyby na jakąkolwiek koncepcję przyczyn „katastrofy” i tłumaczyłyby w pełni to co się wydarzyło ? Sądzę, że nie jest to możliwe, dopóki panuje zmowa milczenia na najwyższych szczeblach. Czas ten należałoby więc wydłużyć nie do dni, lecz lat. Chyba, że nastąpiłby przełom w dochodzeniu w postaci nagrania filmowego, które jakimś cudem uznane zostałoby za wiarygodne. Bo, niestety , w obecnym czasie nawet taki „dowód” zapewne byłby podważany i uznany za zmanipulowany, lub nieprawdziwy.
Pomijając wątpliwe ustalenia raportu MAK, nie sposób również nie zauważyć już pierwszej rozbieżności jaką jest „użycie piany gaśniczej”. Czeskie „źródło” twierdzi, że piany nie użyto. Czy badacz nie powinien nawet takiej „drobnej” kwestii właściwie przeanalizować i ustalić jak było w rzeczywistości ? Te pierwsze zdania autora i konkluzje jakie wynosi z mało wiarygodnych i niesprawdzonych źródeł stanowią tło dla całej publikacji.
Następny przykład pokazuje tok myślowy autora, który zadaje pytanie i od razu sam na nie odpowiada :
Str.13
(…)Czy kwestia ciał na „miejscu katastrofy” nie budzi żadnych wątpliwości? Pamiętamy doskonale zeznania świadków mówiących a to o braku ciał, a to o niewielkiej (jak na skalę tragedii) ich ilości.
Czy ktoś widział (wykonane choćby z helikoptera) zdjęcie pokazujące wszystkie ciała ofiar na pobojowisku? Nie było czasu, by takie fotografie zrobić? Nie było okazji? Nie było jak? Ciała ofiar przecież miały dopiero po paru godzinach być „wydobywane” i przenoszone, wedle relacji świadków, do „wstępnej identyfikacji” do niebieskich namiotów. To pytanie zatem nadal jest aktualne: dlaczego nie ma ani jednego zdjęcia (pobojowiska na Siewiernym) pokazującego i szczątki lotnicze, i ciała wszystkich, podkreślam, wszystkich ofiar?(…)

Ależ oczywiście, że kwestia ciał budzi wątpliwości. Jednak założenia, którymi kieruje się autor mogą okazać się błędne. Oczywiście, przyjęcie tezy, iż doszło do „maskirowki” usprawiedliwia, w pewien sposób intencje autora, lecz nie usprawiedliwia błędu analizy.
Świadkowie będący na miejscu zdarzenia widzieli coś, co przekraczało zwykłe doświadczenie. Każdy, kto zetknął się z reakcjami ludzi w obliczu traumatycznej sytuacji zdaje sobie sprawę, że możliwość oceny sytuacji jest w tym momencie znacznie ograniczona.  Często występuje również zespół stresu pourazowego, który ogranicza znacznie możliwości postrzegania, zapamiętywania, a także zmienia sposób reakcji  człowieka na bodźce zewnętrzne. Świadkowie katastrofy, w której ginie w makabryczny, trudny do wyobrażenia sposób, tak wielu ludzi, mogą w krańcowo różny sposób przedstawiać swoje odczucia i spostrzeżenia. Przyjmowanie założenia, że mówią obiektywną prawdę, lub, że kłamią z premedytacją jest w tym przypadku metodologicznym błędem.
Pytanie, czy ktoś widział ciała ofiar jest błędne z założenia, o ile nie ma się dostępu do zeznań wszystkich świadków i nie dokona się dogłębnej weryfikacji ich zeznań.  Z przyczyn obiektywnych nie jest możliwe dokonanie takiej pełnej weryfikacji przez użytkowników Internetu.
Pytanie o to, dlaczego nie ma ani jednego zdjęcia jest natomiast pytaniem z zawartą w sobie odpowiedzią. Właściwie zadane pytanie powinno brzmieć – czy wykonano dokumentację fotograficzną miejsca zdarzenia ? To, że w Internecie nie krążą zdjęcia ofiar wykonane (być może) przez odpowiednie służby nie jest jednoznaczne z tym, że takich zdjęć nie wykonano.

 Dlaczego nie upublicznia się takich „materiałów”?  Powody są tak oczywiste, że samo stawianie takiego pytania naraża osobę która je postawiła na zarzut braku merytorycznego przygotowania.
Dociekliwy obserwator zadałby więcej pytań, które mogłyby przyczynić się do rozwikłania „zagadki zdjęć” np. Czy dokonano inwentaryzacji fotograficznej miejsca tragedii ? Czy przeanalizowano rozkład szczątków ? Kto dysponuje zgromadzonym materiałem? Czy materiał zdjęciowy jest w dyspozycji polskiej prokuratury? Czy polska strona zwracała się do strony rosyjskiej o udostępnienie takich materiałów ? Itd.
Zamiast tych wielu pytań pada jedno. Sformułowane z „dziennikarskim zacięciem”, lecz pozbawione cech poznawczych. W ten sposób postępują ci, dla których wnioski końcowe stanowią jednocześnie tezę wstępną.
Inną sprawą jest to, że zdjęcia ofiar, które krążyły po Internecie, zostały z całą stanowczością, potraktowanie przez zespół blogerów jako mistyfikacja :

 str 20 (…)Nieuniknione były błędne tropy czy ślepe zaułki, ale właśnie w tym też tkwiła (i wciąż tkwi)siła tych wspolnych debat blogerskich, że z ewidentnie „zmiażdżonych” materiałow (np. takich,ktorych fałszywość nie budziła wątpliwości), blogerzy się wycofywali (klasyczny przykład to słynne„zdjęcia drastyczne” (http://freeyourmind.salon24.pl/217251,makabryczny-fotomontaz) (…)

„Miażdżenie” tych materiałów polegało na zupełnie nieprofesjonalnie prowadzonej subiektywnej obserwacji i doszukiwania się w materiale zdjęciowym cech fotomontażu. Jak wyglądała ta blogerska weryfikacja ? No cóż. Najlepiej posłużyć się cytatami :

-  (…)Prawdę mówiąc, ja tam nic nie widzę, żadnych ciał, tylko wyraźną dłoń (samą) i   białoczerwoną szarfą(…)

- (…) nie no, jakieś ciała widać, choćby na pierwszym planie (obok zgiętego fotela) widać tułów mężczyzny w jasnych dżinsach i jasnej koszuli.(…)

- (…) przyglądnąłem się tej fotce. I faktycznie ciało po lewej jest "dziwne". Sam nieco pracowałem w PS i wiem, że detale łatwo zdradzają.(…)

- (…) Już dużo wcześniej widziałem to zdjęcie i nie wiem, czy jest ono autentyczne. Jednak Twoje sugestie mnie nie przekonują, gdyż - zwróć uwagę - takie same, nazwijmy to artefakty, występują na całej powierzchni zdjęcia, nie tylko w tych drastycznych fragmentach. Ale oczywiście nie jestem fachowcem od grafiki (…)

- (…) Nie analizowałem tych zdjęć, ale przyjmuję "na wiarę", że w wielokrotnym ich powiększeniu w PS można wychwycić wiele sztuczności (mnie "na gołe oko" brakuje dolnej części ciała w postaci z ręką (…)

- (…) w dolnej(3/5 wys.) środkowej części zdjęcia przy powiększeniu ok 300% widoczna jest też linia łączenia dodatkowych elementów do zdjęcia głównego. Różnica jest widoczna bo nie zachowano właściwej rozpiętości tonalnej elementów dodawanych do zdjęcia głównego. 
w części środkowej około 1/5 od lewego brzegu są widoczne prostokąty (300%)wklejanego klonowania sąsiednich fragmentów. Nawet partaczowi nie chciało się skorzystać z funkcji wtapiania.W CS4 można to zrobić prawie idealnie (…)

- (…) zdjęcie jest ewidentnie montowane, a fotele nie pochodzą z polskiego tupolewa.(…)

I na koniec , choć nie jest to jeszcze ostatni komentarz, a bodajże, sześćdziesiąty ósmy, pojawia się zdanie takie :

- (…)Te wszystkie przemieszczenia pixeli wynikają z kompresji zdjęcia. Źle pomniejszone zdjęcie cyfrowe tak się właśnie zachowuje. Tym bardziej ,że było wykonywane zapewne przez profesjonalnego fotoreportera przy naprawde dobrym sprzęcie , rzędu 10 może 15 megapixeli (…)

Co ciekawe, choć „miażdżenie” materiału zdjęciowego trwa już jakiś czas, nikt nie robi najprostszej rzeczy, oczywistej dla każdego, kto zna się na fotografii cyfrowej, bynajmniej nie w stopniu eksperckim. Nikt nie próbuje nawet odczytać ze zdjęcia danych exif, w których zawarte są dane dotyczące aparatu, którym wykonano zdjęcie.  A jest to SONY ERICSSON W960i, czyli aparat zamontowany w przeciętnej klasy telefonie komórkowym z 3,2 megapikselową matrycą, którym zdjęcie wykonano , zgodnie z danymi exif, 10 kwietnia 2010 roku, o godzinie 14.52.

Zdjęcie ma wielkość 715 KB, a więc w porównaniu do nawet przeciętnej klasy lustrzanki cyfrowej, plik zdjęcia jest min. 10 krotnie mniejszy. Co to oznacza ? Na to pytanie odpowiada w końcu jeden komentujący:

        - (…)To zdjęcie z telefonu komórkowego (Sony Ericsson W960i). Analizowanie takiego materiału to zwykła strata czasu. Po pierwsze jakość tego zdjęcia jest nędzna, a po drugie to nie jest dokumentacja tylko jakaś amatorska "zabawa"(…)

Jednak to „zdanie odrębne” szybko spotyka się z właściwą autorowi bloga reakcją :

       - (…) takich komentatorów zapraszam na rosyjskie fora.(…)
Pojawia się jeszcze jeden komentarz osoby, która rzetelnie informuje :

        - (…)Wyciąganie wniosków z tak fatalnej jakości zdjęć to droga do nikąd Na omawianym zdjęciu przy powiększeniu 200-400% procent nie widać nic poza siatką podziału blokowego, co jest wynikiem działania stratnej (!!!) kompresji JPG. W tym przypadku stopień kompresji musiał być znaczny, co przy tak dużej ilości detali w kadrze, bardzo je zniekształciło (…)

Na ten komentarz nie ma już jednak żadnej odpowiedzi i nadal trwa w najlepsze „miażdżenie” materiału aż do jednego z podsumowujących komentarzy :

         - (…) Informacje Exif można modyfikować, więc jak dla mnie nie są one żadnym  wykładnikiem (…)

Pojawia się również komentarz który ostatecznie „podważa” wiarygodność zdjęcia :

        - (…)wspominałam kiedy ,ze miałam staż na kryminalistyce. Te zwłoki są (przepraszam bardzo) "kilkudniowe"

Na tym kończy się „obiektywna” analiza, zaś informacja o „ewidentnym zmiażdżeniu materiału” trafia do publikacji.

Swoiste argumentum ad ignorantiam zawarte jest w innym fragmencie tekstu:
Str.17
(…)Co ciekawsze, ta wzmożona praca blogerów zajmujących się tą hipotezą, mocno kontrastowała ze słabnącym, a w końcu znikomym zainteresowaniem mediów sprawą 10 Kwietnia, co jednocześnie dowodziło, iż „oficjalne śledztwo” już dawno utknęło w martwym punkcie, po dojściu do którego śledczym pozostaje bezradne rozłożenie rąk i wzruszenie ramionami.(…)
Pomijając oczywisty paralogizm tej wypowiedzi, należy zwrócić uwagę, że termin „oficjalne śledztwo” jest szeroki. Obejmuje bowiem działania dwóch prokuratur – rosyjskiej i polskiej, ale również (w domyśle) działania Zespołu Parlamentarnego. Piszę „ w domyśle”, ponieważ autor nie wymienia żadnej „instytucji” oddzielnie, stąd logiczny wniosek, że „oficjalne śledztwo” oznacza całość podejmowanych przez „oficjalne czynniki” działań w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy prezydenckiego Tu154.
Dużą nadinterpretacją, którą niektórzy mogą nawet nazwać przekłamaniem jest stwierdzenie, że „śledztwo” utknęło w martwym punkcie, a zainteresowanie nim mediów jest znikome.  Pojęcie „znikomy” oznacza praktycznie zerowy stopień zainteresowania.  Być może część mediów ogranicza w pewien sposób ilość informacji o prowadzonym śledztwie, jednak pomijanie faktu, że istnieją również media alternatywne, lub tzw niezależne, w których temat ten nie ustępuje z pierwszych stron jest co najmniej nieprawdziwe i dowodzi albo niewłaściwej oceny sytuacji, albo jest najzwyklejszą manipulacją.
Kłam takiej wypowiedzi zadają również ostatnie wydarzenia związane z nowymi faktami w sprawie „katastrofy” oraz prowadzonym postępowaniem wyjaśniającym we wszystkich powołanych do tego oficjalnych instytucjach. Sekcje zwłok ofiar, przyjazd prof. Badena, przedstawianie wyników badań ekspertów Zespołu Parlamentarnego – to są tylko niektóre z wydarzeń, które przeczą, w oczywisty sposób, tezie, iż „śledztwo utknęło w martwym punkcie”.
Jaki może być cel tak formułowanych wypowiedzi autora ? Zwrócenie uwagi na swoja publikację poprzez „ciche” dyskredytowanie oficjalnego postępowania ? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna.

Wartość publikacji
Trudno jest odnieść się do wartości tej publikacji, bowiem nie można zdefiniować w prosty sposób jej formy.  Jest to raczej „zlepek” wielu form, który w odbiorze jest mało czytelny. Z jednej strony następuje synteza zagadnień, a drugiej ekwilibrystyka słowna i długie opisy, które, choć powinny stanowić tło dla poruszonych merytorycznych kwestii, stanowią jedynie „dłużyzny”. Olbrzymia ilość odnośników spowalnia proces zapoznawania się ze zgromadzonym materiałem. Ten brak systematyki i jednolitej formy, w połączeniu z rozwlekłością niektórych, mniej istotnych z punktu widzenia tematyki zasadniczej, treści powoduje, że publikacja jest mało czytelna.
Inna kwestią jest „prawdziwość” wniosków, opartych nie na krytycznej analizie zgromadzonego materiału, tylko na zbiorowym” głosowaniu” blogerów, co uznać za materiał prawdziwy, a co za falsyfikat, lub celową dezinformację. W takiej ocenie nie pomaga postawa autora blogu i powstałej publikacji. Nie może być obiektywizmu oceny, jeżeli po pierwsze, sam autor sugeruje, czy konkretny materiał jest prawdziwy lub fałszywy i robi to z żelazna konsekwencją, a po drugie ani on, ani komentatorzy jego bloga nie dają szansy innym komentującym na uzasadnienie swojego „zdania odrębnego”. Mało tego ! Większość takich osób jest od razu eliminowana, a ich komentarze albo usuwane, albo w niewybredny sposób oceniane jako prowokacja, fałszywka, itp., itd.
Nie może więc być mowy o dokładnie zsyntetyzowanych, obiektywnie sprawdzonych wnioskach końcowych, choćby nawet „waga pracy” przekroczyła 1000 stron.
Jeżeli posłużyć się prostą logiką, wystarczyłby jeden zasadniczy dowód na obalenie teorii 2M. W zebranym materiale dość jest dowodów, które zebrane w całość, poddają w wątpliwość nie tylko sposób prowadzenia analiz, ale również rzetelność samego autora i jego wiedzę dotyczącą zagadnień specjalistycznych. Pomijam używanie w publikacji języka potocznego, który jest po prostu nie do przyjęcia przy tego rodzaju opracowaniach, ale nie mogę zgodzić się na manipulacje i zwyczajne przekłamania, lub posługiwanie się zwyczajnym „widzi mi się” zamiast merytorycznej oceny zebranego materiału. Jak łatwo jest obalić takie „widzi mi się” ? Bardzo łatwo.

Na koniec jeszcze jeden przykład manipulacji faktami, który można zweryfikować od niedawna :
 (…)Najstraszniejsze jednak dopiero przed nami. Oto bowiem jedno z ruskich zdjęć (tych „drastycznych”), które przecież cyrkulowało po Sieci niedługo po tragedii, przedstawione jest jako materiał przekazany autorowi „w kwietniu 2010” przez „oficera Agencji Wywiadu”. Ponieważ sporo miejsca i czasu poświęciłem kiedyś analizie tego właśnie zdjęcia (http://freeyourmind.salon24.pl/217251,makabryczny-fotomontaz; oczywiście nie tylko ja zajmowałem się studiowaniem zdjęć z Siewiernego – m.in. Pluszaczek, Siostra111, Manek, 154), to czuję się zobligowany znowu zabrać głos w tej sprawie. Nie będę jednak rozwijał tego najdrastyczniejszego zagadnienia zwłok pokazanych na fotografii, nie uważam bowiem, by istniały jakiekolwiek podstawy do identyfikacji na niej ciała Prezydenta. Wskażę na wybrany i bardzo dobrze widoczny detal tego zdjęcia, który w sposób dobitny potwierdza, że mamy do czynienia z inscenizacją miejsca powypadkowego. Chodzi o ten fotel z prawej strony.



 
W książce Szymowskiego ten fotel jest mocno przycięty, ale widać jego krawędź, tak więc korzystam z tej samej ruskiej fotografii (wykonanej rzekomo na pobojowisku na smoleńskim Siewiernym), tylko z wybranego jej fragmentu. Ten fotel, co do tego chyba nikt, kto widział zdjęcia wnętrza „prezydenckiego” tupolewa, nie może mieć wątpliwości, NIE pochodzi z polskiego Tu-154M. Albo pochodzi z jakiegoś ruskiego autobusu, albo z jakiegoś ruskiego samolotu i to pośledniej klasy.

Dokonałem porównania fotela z „ruskiego autobusu” z tym , który znajduje się na opublikowanym przez GP zdjęciu śp. Prezydenta Kaczyńskiego w samolocie Tu154 lecącym w swój ostatni lot. Wynik porównania przedstawiam poniżej :


Wnioski z mojego tekstu pozostawiam czytelnikom. Nie chcę nikogo osądzać i wybiegać dalej niż poza merytoryczna krytykę. Nie mogę też pisać o jakichkolwiek zewnętrznych „inspiracjach”      FYM-a. A nawet, jeżeli moja subiektywna ocena pozwalałaby na stawianie wniosków uzasadnionych w tej kwestii, to nie mogę posługiwać się takimi samymi „metodami”, jak autor „Czerwonej strony księżyca” . Nie mam po prostu do tego prawa.
Mogę jednak powiedzieć, że jeśli istnieją jakiekolwiek „zewnętrzne inspiracje”, które kierują watki dyskusji na tory dla siebie wygodne, to tzw. blogosfera jest znakomitym środowiskiem, aby to robić. Anonimowość internetowych bytów skutecznie uniemożliwia weryfikację osób, które ukryte są za nickami. Pozwala to nie tylko na ukrycie prawdziwych intencji niektórych osób, ale umożliwia także skuteczną infiltrację takiego środowiska. Idąc tym tropem rozumowania, nikt nie powinien zaprzeczyć, że równie dobrze komentatorem może być uczeń gimnazjum z jakiegoś małego miasteczka, który posiada wystarczający zasób wiedzy i słownictwa, by móc równoprawnie uczestniczyć w niektórych dość poważnych dyskusjach, jak również dobrze przygotowany specjalista rosyjskich służb.
 Dlatego też uważam, że biorąc pod uwagę właśnie ten aspekt, publikacja „Czerwonej strony księżyca” jest po prostu szkodliwa dla prowadzonego postępowania Zespołu Parlamentarnego. Jeśli autor publikacji nie uwzględni tej kwestii, a także wielu innych zarzutów, kierowanych w swoja stronę, będzie to oznaczało, że jego intencje są krańcowo inne od tych, o których sam pisze.