poniedziałek, 21 maja 2012

WOJNA Z NARODEM




Minęło już trochę lat od czasów „zatęchłej stalinowskiej komuny” lat pięćdziesiątych, epoki Gomułki, wczesnego i późnego Gierka i, w końcu, czasów Jaruzelskiego, które zakończyły się uwłaszczeniem post PZPR- owskiej nomenklatury i zagrabieniem Polski, na mocy porozumień paktu okrągłego stołu. Powstał twór o nazwie III Rzeczpospolita, w którym do 2010 roku bardzo trudno było zidentyfikować przeciętnemu obywatelowi „kto jest kim w Polsce”.


     Tragiczne wydarzenia z 10.04.2010r unaoczniły jednak Polakom, że ich krajem rządzą podejrzani osobnicy, których interesy nie są tożsame z interesem narodowym. Jak szczury, wyszły z cienia różnego rodzaju, indywidua , które za pomocą medialnej nagonki, kłamstw, manipulacji, gróźb i innych znanych z PRL sposobów przekonać społeczeństwo, że stoi po „niewłaściwej” stronie. Tych, którzy odważyli się jawnie zaprotestować napiętnowano, nazywając ich oszołomami, sektą, mocherami. Zastosowanie inwektyw w stosunku do narodu to dobrze znana metoda poniżania, która ma jednak skutki uboczne w postaci wyraźnego oddzielenia rządzących od rządzonych.


     Czasy „stalinowskie” to „dialog ze społeczeństwem” prowadzony w sposób jednostronny, za pomocą pały i Nagana. Polska była de facto  republiką Związku Sowieckiego a wszelkie przejawy „innego myślenia” były krwawo tłumione. Oręż władzy był prosty i toporny. Bezpodstawne oskarżenie, wyrok po zeznaniach wymuszonych torturami na pokazowym procesie i do tiurmy, lub pod ścianę. Władza równie zręcznie posługiwała się karabinem, pałką, nogą od stołka, ale również słowem pisanym, w którym widać już było początki „nowomowy”, tak charakterystycznej dla rządów Gierka, czy Jaruzelskiego.
Oczywiście słownictwo było dość ubogie, gdyż ówczesna prasa przeznaczona była głównie dla społeczeństwa mniej wyposażonego intelektualnie. Toporna indoktrynacja i takie same toporne metody, oparte na „aparacie represji”, mającym w ryzach strachu utrzymywać społeczeństwo, były na porządku dziennym i stanowiły „oręż” do walki przeciwko narodowi.

     Metody oczywiście przyszły ze wschodu - tam gdzie już od kilkudziesięciu lat „wykuwała się stal”, lecz nie należy sądzić, że prawdziwym podłożem ich stosowania były, li tylko, powody polityczne. Polityka w tym przypadku była jedynie środkiem do celu, jakim miało się stać zawłaszczenie gospodarki satelickiego państwa Środkowej Europy, podobnie jak innych europejskich państw, przypisanych Traktatem Jałtańskim strefie wpływów Związku Sowieckiego.
    Jednak dowodem krótkowzrocznej polityki aliantów, było stworzenie silnego mocarstwa, którego rubieże były wysunięte w głąb Europy i które to mocarstwo nie zamierzało ograniczać swej polityki ekspansji tylko do po jałtańskich obszarów wpływu.

    Sowieci wprowadzili swoje metody terroru w Polsce i za pomocą doskonale przygotowanych kadr, wcielili je w życie zaraz po zakończeniu II Wojny Światowej. Szybko
i skutecznie opanowali nasz kraj, mordując, lub umieszczając w więzieniach „kwiat narodu polskiego”. Zapoczątkowali, tym samym, długi proces umacniania strefy swoich wpływów, poprzez m.in. rozwój odpowiednich „służb”, których jedynym zadaniem było utrzymywanie w ryzach społeczeństwa. „Służby” te złożone były nie tylko z tzw organów siłowych. Podporządkowane im było również sądownictwo, urzędy, obsadzone „swoimi” ludźmi, prasa
i pozostałe, dopiero rozwijające się media. „Swoi” pracowali wszędzie, tak by kontrola była pełna.
    Do wypracowanych metod działania należał donos, denuncjacja, ale też groźby, zastraszanie, pobicia lub zwalnianie z pracy. Programowo dozwolone było wszystko, co było konieczne do sprawowania „władzy ludowej”

       Oczywiście nie można było, z oczywistych względów posługiwać się jedynie sowieckimi „specjalistami” To by były zbyt duże koszty dla mocarstwa, które chciało trzymać w ryzach tak wiele krajów. System represji opierał się na „zapleczu osobowym” krajów satelickich. W krajach tych nastąpiło, z czasem, wykształcenie „własnych składów osobowych” aparatu represji, oraz towarzyszącego mu grona  „współpracowników”, pozyskiwanego za pomocą pieniędzy lub innych korzyści majątkowych, gróźb , lub szantażu. Lecz najbardziej niebezpieczni z nich byli ideowcy.
        System ten ewoluował i po śmierci Stalina przybrał, pozornie, bardziej „cywilizowane” oblicze. Impet represji trochę zmalał, mówiło się o odwilży, skazani wcześniej na wieloletnie wyroki ludzie zaczęli wychodzić z więzień. Ale ta zmiana nie przyniosła ze sobą zmiany intencji władzy wobec społeczeństwa. Klasa robotnicza nadal miała produkować dla rozwoju komunizmu i nadal interesy sowieckiej Rosji były priorytetem w działaniach marionetkowych, upartyjnionych rządów.

     Po wydarzeniach 1956 roku Gomułka szybko „wybił z głów” reformatorskie zapędy niektórych środowisk. Wasalizacja Polski trwała nadal, choć metody represji były już bardziej finezyjne. Sen o reformach skończył się ostatecznie w 1968 roku a w 1970 roku władza powróciła do swoich korzeni z lat 50- siątych, krwawo tłumiąc protesty robotników
w Gdańsku. Zamiast chleba społeczeństwo zostało „nakarmione” karabinowymi pociskami i gazem łzawiącym. 

       Kolejny etap „ewolucji” systemu obejmował lata rządów Gierka. Przez pierwszy okres można mówić o niewidocznym aparacie represji. Kraj, dzięki olbrzymim zagranicznym pożyczkom, zaczął się rozwijać, a wszechobecna do tej pory szarość życia ustąpiła miejsca fasadowemu kolorytowi. Pomimo pozornej stabilizacji gospodarczej, „dobrobyt”, zafundowany społeczeństwu na jego koszt nie mógł trwać wiecznie. Każdy dług ma to do siebie, że trzeba go spłacić. Dziesięć lat propagandy sukcesu zrobiło jednak swoje i dopiero tragiczna sytuacja gospodarcza Polski, której w żaden sposób nie można już było ukryć, doprowadziła do pierwszych strajków.

      Odsunięcie Gierka od władzy o dojście do niej Jaruzelskiego, pokazało jednak, kto tak naprawdę Polską rządzi. Stan wojenny przypomniał społeczeństwu polskiemu, że nadal jest jedną z sowieckich republik.
    Wydarzenia, które nastąpiły później doprowadziły w końcu do rozpadu Związku Sowieckiego, w swej dotychczasowej postaci, i tym samym pozwoliły na dokonanie pierwszych reform w krajach satelickich.
      Należy jednak pamiętać, że 44 lata rządów komunistów w Polsce to przede wszystkim całościowa kontrola społeczeństwa i „utrzymywanie jej w ryzach”. To 44 lata budowania „służb” i metod represji pod wszelkimi jej postaciami. Przez te lata praktycznie zniszczono polską państwowość, a społeczeństwo zostało podzielone na tych, którzy rządzą i tych, którzy są rządzeni. Przez lata te wykuwała się świadomość partyjnych aparatczyków a pokolenia starych ubeków zostały zastąpione nowymi „ludźmi”. Przez lata całe powstawały siatki agentów SB, które włączały w swoje szeregi postacie ze wszystkich środowisk i wszystkich klas społecznych – polityków, urzędników, aktorów, pisarzy, duchownych, artystów, robotników, dziennikarzy etc,etc. Względny spokój był jednak zasłona dymną. „Aparat bezpieczeństwa” działał nadal.
      Całe to komunistyczne „szambo” zostało w 1989 roku wchłonięte przez powstającą III Rzeczpospolitą, praktycznie bez konsekwencji – anonimowo i z zachowaniem stanowisk, urzędów i prawa do godziwej emerytury. Tylko nieliczni, których akta nieopatrznie zostały publicznie ujawnione zostali w mediach opisani, jednak bez poniesienia praktycznie żadnych prawnych konsekwencji.

     Część aparatu partyjnego i służb uwłaszczyła się na majątku narodowym, a część postanowiła na gruzach PRL-u budować po cichu nowy twór państwa –podporządkowany swoim interesom. Było to łatwe. Dzięki "starym" powiązaniom wielu „aparatczykom”
i „ubekom” udało się szybko odnaleźć w nowej rzeczywistości. Dzięki zawłaszczeniu mediów, oraz wpływom, w środowiskach opiniotwórczych i politycznych, niektórych partii, stali się animatorami sceny politycznej w Polsce - z tylnego fotela wydając polecenia "podkomendnym".
      Skala tego zjawiska była olbrzymia. Całe rzesze byłych TW i ludzi „służb systemu” przeszło bezboleśnie reformę ustrojowa, by stać się, od tej pory, pełnoprawnymi obywatelami III RP. Nie należy przy tym zapominać, że dawni „towarzysze” są teraz częścią społeczeństwa, będącą elektoratem dla niektórych ugrupowań partyjnych – a szczególnie tych, które nie mają zamiaru rozliczać ich z niewygodnej przeszłości, Należy tu wspomnieć nie tylko o ilości tego „elektoratu”, ale także o jego jakości, czyli o osobach bardzo wpływowych, mających szerokie powiązania w sferze biznesu, polityki i mediów. Nie można nie wspomnieć o tzw „farbowanych lisach”, czyli osobach, które pod pozorem neutralnych lub liberalnych poglądów zatajają swoje prawdziwe oblicze przez całe lata, czekając na okazję konfrontacji, gdy przyjdzie na to odpowiedni czas. Wtedy następuje zaciekły atak z ukrycia tych „mędrców” i „autorytetów” z kręgów dziennikarzy, publicystów, ludzi sztuki, aktorów, pisarzy, polityków

    Człowiek rozsądny powinien zdawać sobie sprawę, że w PRL-u nie było przypadku
w obsadzaniu stanowisk w tak kluczowych dziedzinach jak gospodarka, czy media. Obie te dziedziny musiały być stuprocentowo kontrolowane przez władze. Szczególnie media, będące tubą propagandową władzy komunistycznej przesiąknięte były na wskroś agenturą. Z jednej strony należy jednak mówić o rzeczywistych tajnych współpracownikach, a z drugiej,
o „towarzyszach” tworzących program propagandy i wcielających w życie zamierzenia władzy ludowej.

     Jeszcze inną część „systemu” stanowili artyści, którym władza pozwalała na wykonywanie swojego zawodu za duże pieniądze, literaci, który pozwalano wypowiadać się na łamach czasopism i gazet o największym nakładzie. Czyż mogłyby to być osoby nie mające powiązania z władzą, lub takie, które piętnowałyby system ?
   Nawet środowiska, które z pozoru wydawały się niezależnymi, w swej działalności kolaborowały z systemem. Oczywiście bardzo ważne było umieszczenie w tych środowiskach agentów, którzy skutecznie, od środka sterowali działalnością różnego rodzaju stowarzyszeń, czy grup społecznych.
 Taka sama sytuacja występowała w Kościele. Publikacje np. ks. Isakowicza – Zaleskiego znakomicie odzwierciedlają skalę tego zjawiska. 

     Spuścizna PRL- u i długoletnich działań komunistycznych władz nie mogła się skończyć w sposób praworządny – a więc rozliczeniem przeszłości, identyfikacją i ukaraniem winnych i odsunięciem od wszelkich publicznych przywilejów osób, które odpowiadały za długoletnia walkę z narodem. Okrągły stół przekreślił taką możliwość, lecz, czy było to jedyne możliwe wyjście ? Czy pakt ten był w ogóle potrzebny?
   W świetle wydarzeń historycznych można powiedzieć, że nie. Proces demontażu komunizmu w sowieckiej Rosji już był rozpoczęty, a polski aparat partyjny, pozbawiony zaplecza Wielkiego Czerwonego Brata, w tym szczególnie, w części militarnej i politycznej, po prostu przetrwać dalej nie mógł. Niepotrzebne więc były takie pakty. Zgniły i zmurszały od środka system komunistyczny musiał upaść, lecz znaleźli się tacy, którzy podparli jego gnijącą nogę i nie dopuścili do spektakularnego upadku, podobnego do wydarzeń w Rumunii, lub w bardziej cywilizowanej wersji rodem z NRD.
     Przyniosło to z sobą daleko idące konsekwencje w postaci bezzasadnego rozgrzeszenia ludzi dawnego ustroju i zgody na pełne i niczym nie skrępowane uczestnictwo w życiu społecznym, gospodarczym i politycznym.

     Jednak nie należy sądzić, że ludzie dawnej komunistycznej nomenklatury mieli gorszy start w nową rzeczywistość. Ich sytuacja była, w porównaniu do reszty społeczeństwa bardziej uprzywilejowana. Pomogły im w tym stare układy, a także piastowanie kluczowych stanowisk w PRL- owskiej rzeczywistości, a przede wszystkim bogata wiedza o społeczeństwie i kraju, którym wcześniej rządzili. Społeczeństwo zwykłych obywateli skazane było na budowanie od podstaw swojego osobistego dobrobytu, zaś ci, którzy przeciwstawiali się systemowi, działając jako szeregowi członkowie niezależnych związków zawodowych,  zostali najbardziej pokrzywdzeni. Elity nowej władzy nie zaprosiły ich do współrządzenia. Wolały dalej kolaborować z dotychczasowymi „katami” praworządności, w imię mylnie pojmowanego spokoju społecznego i przebaczenia
      Zaczęły się w ten sposób tworzyć nowe zależności i nowe pakty, których celem od tej pory stało się umacnianie „nowego” porządku, a więc współpracy beneficjentów dawnego układu – zarówno partyjnego betonu, jak i politycznych konformistów z ludźmi, którzy zaakceptowali ten układ w 1989 roku.

     Przez ostatnie dwadzieścia lat następowały oczywiście przetasowania polityczne. Tylny fotel jednak zawsze obsadzany był przez tych, którzy realizowali przymierze okrągłostołowe. Dopiero powstanie PiS doprowadziło do pierwszych symptomów paniki w kręgach orędowników „jedynie słusznej sprawy” Nastąpiło wyciągnięcie z teczek niewygodnych faktów i rozpoczął się proces deubekizacji społeczeństwa i obnażania mechanizmów rozkradania majątku narodowego.
    IPN zaczął publikować nazwiska i za pomocą rzetelnych publikacji obnażał prawdziwe oblicze komunizmu, oraz udziałowców okrągłostołowego porozumienia. W świetle tych faktów, upadł mit autorytetów moralnych, z których znaczna część okazała się zdrajcami narodu, lub kolaborantami z systemem komunistycznych represji. Nagłe zagrożenie spowodowało reakcję. Sięgnięto po stare sprawdzone sposoby : kłamstwo, dezinformację, zastraszanie, szantaż.

      Apogeum tej walki nastąpiło po tragicznej śmierci ŚP prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Beton partyjny i kolaboranci rozpoczęli ofensywę przeciwko narodowi, słusznie bojąc się utraty dotyczczasowych wpływów. Paradoksalnie, po tej tragedii, naród, przez ostatnie lata karmiony papką medialną, reklamami i mitami o postępującym dobrobycie wreszcie się ocknął. Okazało się, że „król jest nagi” - nasze państwo jest słabe ekonomicznie i politycznie.   Po cichu prowadzona polityka wasalizacji wobec wielkiego biznesu który wyszedł z krajów gospodarczo lepiej rozwiniętych, doprowadziła do sprzedaży majątku narodowego            
i wprowadzeniu na terytorium Polski firm, które chcą nasz kraj jedynie wykorzystać - korzystając ze zwolnień podatkowych i taniej siły roboczej.
     Byt przeciętnego obywatela znacznie się pogorszył, podobnie jak jego prawo do wolności słowa i możliwości realnego wpływu na rządzenie krajem.

    Nie bez znaczenia jest również odradzająca się mocarstwowość naszego wschodniego sąsiada. „Beton” znów czuje wiatr w żaglach. Obecny rząd, który skrupulatnie realizuje politykę wasalizacji ekonomicznej i politycznej, na rzecz naszego Wielkiego Brata, nie boi się również posunięć wątpliwych w polskim systemie prawnym. Takie są właśnie nieformalne porozumienia pomiędzy premierami rządów Polski i Rosji, lub zgoda na szkalowanie Polski na arenie międzynarodowej.

     Komunizm został zastąpiony marnym subsytutem demokracji, w którym stare siły nadal mają zbyt wiele do powiedzenia. 

     Bo demokracji nie ma. Każdy, kto twierdzi inaczej mija się z prawdą. Pojęcie demokracji  używane jest dla uwiarygodnienia złudnego przekonania społeczeństwa, iż jest suwerenem własnego losu. Lecz, czy obecną formę „demokratycznych” rządów w państwach prawa, a takim bez wątpienia nazywana jest Polska,  można rzeczywiście uznać za suwerenną ?

     Demos – lud, creatos – panować. Słowo „demokracja” jest więc określone w sposób, który narzuca interpretację "znaczenia". Panowanie ludu oznacza bowiem bezpośredniość władztwa. Każde dodatkowe słowo, przypisane do „demokracji” zmienia ten charakter. Nie można mówić o demokracji bezpośredniej lub pośredniej, bowiem już w samym znaczeniu znajduje się pytanie i odpowiedź. Panowanie ludu nie może być przeniesione na przedstawicieli, choćby przedstawiciele ci pochodzili od ludu. Bowiem z chwilą przekazania bezpośredniego władztwa na plenipotenta tworzy się nowa forma sprawowania władzy, której nie sposób nazwać demokracją. Dlaczego nie nazwać rzeczy takimi jakimi są, a więc zamiast ustroju demokratycznego powiedzieć po prostu ustrój plenipotencjarny, albo ustrój regencyjny ? 

   Plenipotenci nie mogą pozwolić na zmianę nazwy na właściwą sobie. Oznaczałoby to bowiem, że odpowiedzialność za czyny i zaniechania polityków sprawujących władzę przechodzi bezpośrednio na nich. Łatwiej jest przecież powiedzieć  - Przecież mnie wybraliście, abym w waszym imieniu sprawował władzę !
"Nadbudowa" pierwotnego znaczenia pojęcia demokracji jest niczym innym jak przejawem nowomowy na użytek rządzących, przewartościowującym to pojęcie i zmieniającym jego właściwy sens. 

   A przecież gdyby zadbać o właściwe znaczenie i konsekwencje z niego płynące to prawodawstwo wyglądać powinno zupełnie inaczej. Nie mielibyśmy „przedstawicieli narodu” wybieranych na 4 lata, których w taki sam sposób odwołać wcześniej nie sposób. Nie mielibyśmy ustaw sprzecznych z wolą narodu, bowiem plenipotenci każdą z nich musieliby zatwierdzać referendalnie z mocy prawa nadanego im przez naród, nie zaś sami decydując o tym, czy tak należy uczynić. Nie mielibyśmy tajności obrad urzędników ze światem finansów i biznesu – każda decyzja mająca znaczenie dla polskiej racji stanu musiałaby być zatwierdzona przez całe społeczeństwo.

  Wojna z narodem prowadzona jest na zewoluowanych zasadach komunistycznej propagandy. Niebezpieczeństwo tkwi jednak w tym, że w chwili obecnej, gdy krajem rządzi elita postkomunistyczna – niezależnie, czy nazwie się ją liberałami, czy też lewicą – są to te same „elity” które dokonały uwłaszczenia Polski po 1989 roku.

  Lecz społeczeństwo szybko zapomina. Społeczeństwo, zwłaszcza ta jego część, która nie doświadczyła empirycznie, nie doznała we własnym doświadczeniu tego wszystkiego, co było codziennością wielu pokoleń Polaków, żyjących w czasach nieufności i strachu, nie potrafi być krytyczne wobec własnej łatwowierności. Ale tak już jest, że człowiek poznaje i uczy się dopiero wtedy, gdy przyjdzie mu odkryć, że rzeczywistość, która go otacza jest jedynie mirażem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz