wtorek, 29 maja 2012

ZIARNO I PLEWY



Panu Aleksandrowi Ściosowi dedykuję, w podziękowaniu za prawe słowa…

Wyraźny smród pomyj zalatywał już od pewnego czasu. Nie był na początku tak bardzo wyczuwalny, zwłaszcza, że przesłaniały go wonne fiołki w postaci tekstów cennych, odkrywczych, czasami śmiesznych.  Lecz zgnilizna postępowała od środka. Stało się to, co zwykle dzieje się, gdy kłamstwo i manipulacja, która tak naprawdę zawsze jest „efektowniejsza” a przede wszystkim, lepiej wyceniona, została obnażona. Najpierw przez kilku niepokornych, którzy sprzeciwiali się usuwaniu tekstów, myśląc początkowo, że to tylko dotyczy słów zbyt miałkich, lub obraźliwych i niegodnych by ukazywały się na publicznym forum. Lecz później okazało się, że tylko niektórzy nie mogą używać takich słów.

Inni za podobne słowa wędrowali na sam szczyt, by tam podbijać słupki oglądalności. Lecz te słowa nie dotyczyły tych samych wartości, czy osób, które krytykowane były przez pisarzy ocenzurowanych. Ci bowiem mówili prawdę, słusznie nadużywając języka, którego używali do opisywania największego plugastwa. Natomiast „wyróżnieni” dostali prawo do szkalowania prawdy, choć ich plugastwo językowe niczym nie było, ani nie jest usprawiedliwione.

Gdy w końcu zgnilizna wyszła na wierzch, pochłonęła większość prawych pisarzy – nawet tych, dzięki którym słupki oglądalności wędrowały cały czas w górę, a liczba komentarzy ponadprzeciętnie przekraczała zawsze „normę” redakcyjną.  Lecz, gdy autorytet prawych pisarzy niebezpiecznie wzrósł i nawet główny redaktor nie był w stanie przyciągnąć swymi marnymi tekstami tylu czytelników i komentatorów, ukazało się prawdziwe oblicze KŁAMSTWA, OBŁUDY , CYNIZMU, któremu na imię SPRZEDAJNA PROSTUTUTKA, nie zaś Niezależny „ Salon”.

Może w końcu przyszedł czas na tych wszystkich, którzy mieli złudne nadzieje, że miejsce to jest, pomimo „pewnych niedogodności regulaminowych” na tyle ciekawe i opiniotwórcze, że warto tam bywać. Ja sam, do pewnego momentu, byłem przekonany, że może, choćby dla tych prawych pisarzy, którzy jeszcze tam zostali i dla tej garstki pozostałych przy mnie czytelników, którzy pomimo ukrycia moich tekstów poświęcają swój czas na ich odkrycie i przeczytanie, warto co jakiś czas zamieścić choćby krótki tekst, lub podyskutować z innym autorem. Lecz gdy została przekroczona granica perfidii i manipulacji, a kłamstwo sączone jest wprost z głównej strony, pozbyłem się wszystkich złudzeń. Tak samo pozbyć się ich powinni ci, którzy jeszcze je mają i nakłaniają prawych pisarzy do tego, aby nie opuszczali miejsca w którym ich publikacje może czytać tak wiele osób.

Jednak to wielki błąd. Należy oddzielić ziarno od plew i nie dawać zarabiać SPRZEDAJNYM PROSTYTUTKOM poprzez komentarze i czytanie tekstów. A szczególnie tych tekstów, które stworzone, są po to aby napędzać oglądalność , lub służą „sztucznemu napędzaniu dyskusji” poprzez treści kłamliwe i pełne jadu. To właśnie dzięki tej oglądalności i komentarzom, SPRZEDAJNE PROSTYTUTKI wykazują inwestorom i reklamodawcom, że rośnie popularność. A dzięki temu pieniążki szerokim strumieniem płyną i płyną….
Lecz jest jeszcze drugie dno. Bliższe "michnikowszczyzny" i imperium Waltera...

Słowo musi być kontrowersyjne, lecz prawo do kontrowersji przysługuje tylko tym, którzy „pracują” dla jedynie „słusznego” systemu. Innym zamyka się usta.

Powinni pamiętać o tym ci, którzy w imię mylnie pojmowanej „popularności” nadal zamierzają być bywalcami „Salonów” 

sobota, 26 maja 2012

Rosja szykuje się do wojny ?


Sytuacja geopolityczna na świecie powoli zaczyna być coraz bardziej niestabilna. Kto śledzi doniesienia medialne ostatnich miesięcy powinien dostrzec, że niebezpieczny scenariusz powoli zaczyna się realizować, a wiele przesłanek wskazuje na to, że wkrótce może nastąpić poważny w skutkach zwrot, mając olbrzymie konsekwencje dla dotychczasowego „układu sił” . Scenariusz ten jest w pewnym sensie „plagiatem” historycznym, mającym swoje korzenie w historii najnowszej, a co zabrzmi w tym momencie bardzo złowrogo – wpisany weń jest zarówno kontekst okresu międzywojennego w połączeniu z okresem zimnowojennym. Konglomerat ten, złożony z bardzo podobnych „klocków” może po prostu doprowadzić do poważnego konfliktu zbrojnego, którego skali, ani zasięgu nie są w stanie przewidzieć najlepsi analitycy.

Mit  „kolosa na glinianych nogach” jak często nazywana jest Rosja przez wielu dziennikarzy, komentatorów i polityków, przypomina podobne mity o ZSRR z czasów Stalina. Wtedy, jeszcze przed wybuchem drugiej wojny światowej również się mówiło o słabej militarnie Rosji, używając argumentów wprost ośmieszających możliwości bojowe rosyjskiej armii.  Do stałych kanonów opisujących te możliwości na podstawie „wyglądu” rosyjskiego wojska należały zwroty typu : „co to za wojsko, co karabin na sznurkach nosi...”, albo mówiono o „dziczy, poprzebieranej w zniszczone mundury, przepasane sznurkiem zamiast wojskowego pasa” 
Pogardliwe i prześmiewcze komentarze nie przeszkodziły jednak Stalinowi, napaść 17 września 1939 roku na Polskę, a armia, o której krążyły takie właśnie opinie, nie tylko odparła atak hitlerowskich Niemiec na swoje terytorium, ale później dotarła do Berlina, po drodze rozbijając w pył niemieckie wojska.

A wszystko to stało się w ciągu 5 lat, podczas których Rosja pokazała, jakie są prawdziwe możliwości bojowe tego wojska „ uzbrojonego w stare karabiny noszone na sznurkach”
Nie o wygląd, bowiem, tu chodzi, ale o potencjał armii i zdolność do osiągnięcia maksymalnej gotowości bojowej w krótkim czasie. Jeśli dodać do tego potencjalną liczebność wojsk, która w każdym momencie może zostać zwiększona w oparciu o rezerwy, mamy tutaj do czynienia z powtórką  historii…

Taką powtórką jest również dokładnie taka sama taktyka przygotowań do konfliktu zbrojnego jak przed wybuchem II Wojny Światowej.  Wtedy polem ćwiczeń rosyjskiej armii było Chałchin Goł, gdzie pomiędzy 11 maja a 16 września 1939 roku, wojska rosyjskie, dowodzone przez Żukowa rozbiły Japończyków.  Choć ten konflikt zbrojny został sprowokowany przez Japonię, to jednak stalinowska Rosja wykorzystała go do zarówno do przetestowania nowego zbrojenia, a także taktyki walki wojsk pancernych wspomaganych lotnictwem. A działo się to w czasie, gdy stereotypem „rosyjskiego sołdata” był brudny, dziki piechur w futrzanej czapce, który nie umiał ani czytać, ani pisać.

Bardzo zemściło się niedocenianie przeciwnika. Nawet Hitler dał się zwieść stereotypom i przekonany o sile własnej, nowoczesnej armii, rozpoczął blitzkrieg ku Moskwie. Jaki był koniec tego planu podbicia świata przez Hitlera, wiemy wszyscy z podręczników historii. Jednak nie wszyscy chyba sięgają do tych podręczników wystarczająco często, a już niektórzy nie potrafią wyciągać odpowiednich wniosków.

Ostatnie komentarze publicystów, jak ten choćby, opublikowany na portalu „Niezależna”  http://niezalezna.pl/28880-i-znow-pod-zaborami  w którym dominuje podobny ton „niedoceniania”  są wyraźna paralelą ocen historycznych. W artykule tym znajdujemy takie oto sformułowania :
„(…)Demonstracyjne wysłanie przez Putina na szczyt G8 Miedwiediewa i pogróżki użycia broni jądrowej mają wzmocnić wrażenie, jakie kolos na glinianych nogach chce zrobić na Obamie, by wytargować ustępstwa, które mają się nijak do jego rzeczywistej siły i potencjału.(…)

Kuriozalne są słowa redaktora Sakiewicza który w podobnym tonie pisze, również na „Niezależnej” :
„(…)Czy Putin naprawdę jest taki groźny? Nie wierzę w żadną poważniejszą awanturę w środku Europy. Nawet najwierniejsi sojusznicy Putina nie będą podejmowali takiego ryzyka, póki Zachód jest dziesięć razy silniejszy niż Rosja. Celem Putina jest nie tyle podbój, ile odtworzenie i utrzymanie resztek dawnego imperium. Nie może więc angażować się w żadne kosztowne akcje polityczne. Jego kraju po prostu na to nie stać. Rosja jest coraz bardziej dociskana przez ekspansję chińską, a za chwilę będzie musiała radzić sobie z ambicjami rosnącej w siłę Turcji oraz całego świata islamskiego. Obydwa problemy są zbyt poważne, by opłaciło się Rosji „iść na Zachód”. Ustępstwa Polski i innych krajów europejskich wobec Moskwy wynikają po prostu z głupoty i tchórzostwa. Rzadko ktoś, widząc rozpychającego się Putina, chce powiedzieć: sprawdzam. Oczywiście Rosja ma ciągle do dyspozycji mocno rozbudowane służby specjalne i mnóstwo kupionych przyjaciół. To jednak ułatwia bardziej politykę straszenia niż daje realną przewagę. Wojna gruzińska była tego najlepszym dowodem. Putin mógł ryzykować zatarg z niedużą Gruzją, kiedy jednak Polska poparła Tbilisi i kilka innych krajów naszego regionu, musiał się zatrzymać.(…)”

Jakże znamienna jest również opinia Władymira Bukowskiego dotycząca „siły Rosji”, opublikowana w sierpniu 2009 roku, już po konflikcie gruzińskim, ale jeszcze przed tragedią w Smoleńsku, która unaocznia rzeczywiste możliwości kreowania polityki rosyjskiej za pomocą znanych metod eliminacji przeciwników.

„(…)Przerażenie może budzić rosyjska armia. Czy to nie ona jest czynnikiem jednoczącym Rosję. 
Nie, dziś już nie. Ten czynnik nigdy zresztą pojedynczo nie odgrywał roli scalającej. Musiała być zawsze ideologia. A tej już nie ma. Tak zwany nacjonalizm, który Putin chce wskrzesić jest tworem sztucznym i nie uda się porwać za jego pomocą ludzi. 

Ale zapominamy, że ideologię zastąpiły służby specjalne. 
Tak. Ale ich sukcesy się kończą. Mogą powstrzymać powstawanie opozycji, ale rozpadu władzy na górze nie są w stanie. Jeśli lokalne rządy, które mają swoje służby specjalne, zechcą ogłosić swoją niezależność, to FSB z Moskwy nic na to nie poradzi. Rosja jest słaba i tak ją trzeba traktować.(…)”

Ale w tym czasie Bukowski nie był w stanie przewidzieć ani Smoleńska, ani ostatniego „sukcesu” wyborczego Władymira Putina, który nie zrażony żadnymi tego typu komentarzami konsekwentnie odbudowuje siłę Rosji.

Jeśli przyjąć, że jeszcze kilka lat temu powyższe opinie mogły być analizą zbliżoną do obiektywnej oceny sytuacji, to jednak ocena ta nie uwzględnia innych, niż tylko oficjalnych i opisowych działań polityków rosyjskich, którzy na pewno , oprócz tzw. „części oficjalnej”, stosują mniej dostrzegalne środki do realizacji swojej celowej i niebezpiecznej dla świata polityki. Czas stosowania tzw miękkich środków nacisku mija bezpowrotnie i już w niepamięć należy odłożyć choćby takie z nich jak embargo na żywność sprowadzaną z UE, czy „pohukiwania” ministra spraw zagranicznych Rosji. Bardziej niepokoi fakt, że Rosja coraz częściej milczy i nie zajmuje stanowiska wobec nawet tak zasadniczych spraw, jak oskarżanie jej o przeprowadzenie zamachu w Smoleńsku.

Zastanawiające jest również pochodzenie tych wszystkich informacji na których opierają się wszelkiego rodzaju spekulacje dziennikarzy, publicystów i analityków. Należałoby mieć bardzo ograniczone zaufanie do źródeł rosyjskich lub „zbliżonych” do rosyjskich. Wszak jest to kraj, w którym do perfekcji doprowadzono metody dezinformacji, a na najwyższych stanowiskach państwowych zasiadają ludzie głęboko powiązani z dawnym aparatem terroru i służbami specjalnymi, którzy maja odpowiednie przygotowanie, aby umiejętnie korzystać z całego repertuaru środków w tym zakresie.

Gdy ci publicyści piszą o przestarzałym „konwencjonalnym” uzbrojeniu, lub starych i „zapewne przeterminowanych” głowicach nuklearnych należy poważnie się zastanowić, kto kreuje tego typu opinie i na czyje polecenie.

Tymczasem armia rosyjska się zbroi i przebudowuje swoje struktury. Zmienia także dowódców wojskowych. Przeznacza olbrzymie środki na unowocześnienie sprzętu wojskowego, a także zajmuje pozycje, tak jak np. na Kaukazie, do przeprowadzenia natychmiastowego ataku. Obecnie także, czego nie zauważają „mądre głowy” następuje eskalacja działań rosyjskich na Starym Kontynencie. Postępujący kryzys europejski jest dla polityki rosyjskiej „zbawienny”, bowiem osłabienie gospodarcze a także polityczne Zachodu stanowi z jednej strony doskonałą zasłonę dymną w mediach, a z drugiej stwarza warunki do działań zmierzających do podporządkowania Rosji obszarów, które zostały „wyjęte” z jej strefy wpływów po rozpadzie ZSRR.

Działania rządu polskiego oraz prezydenta wpisują się w tą politykę w sposób bezpośredni. Można już chyba powiedzieć, że obecna władza w Polsce realizuje politykę interesów rosyjskich i dobrowolnie poddaje się jej wpływom. Czy zapobiegnie to militarnym rozwiązaniom – trudno w chwili obecnej powiedzieć. Jednak, gdy USA rozpoczną wojnę z Iranem może nastąpić znaczna destabilizacja obecnie przyjętych politycznych układów. A to z kolei może skutkować konfliktem zbrojnym na dużą skalę, w którym Rosja w bardzo obrazowy sposób może pokazać, że „kolos na glinianych nogach” powstał tylko po to, by ukryć  rzeczywista skuteczność i siły armii. Okaże się wówczas również, jakiego rodzaju porozumienia, podpisał rząd Federacji Rosyjskiej ze swymi najsilniejszymi „sojusznikami” i czy te „porozumienia”  w ogóle ujrzały kiedyś „światło dzienne”.

wtorek, 22 maja 2012

NAGŁA ZMIANA...?


Nagła zmiana…?
Czy Jarosław Kaczyński wie więcej niż nam się wydaje? Koncyliacyjne wystąpienie prezesa PiS jest zastanawiające w swojej wymowie.  


(…)Nie mamy zamiaru organizować przedsięwzięć o charakterze publicznym, ulicznym. Nie mamy zamiaru tego czasu (Euro 2012) zakłócać" - powiedział Kaczyński na konferencji prasowej w Warszawie. "Chcemy, żeby to był czas spokojny i PiS, bez żadnych warunków będzie tej reguły przestrzegało. Oczekujemy, że nasi partnerzy też będą tej reguły przestrzegali" - dodał.(…)  http://niezalezna.pl/28740-kaczynski-euro-2012-nasza-szansa.


Zapewne wypowiedź ta wywołała niemałe zdziwienie wśród wielu osób, które pamiętają przecież ostatnie dokonania rządu PO a także chamskie wybryki posłów tej partii podczas posiedzeń parlamentarnych. Pamiętamy również ostatnie manifestacje w obronie telewizji Trwam i słowa które tam padły. Pamiętamy wreszcie, o czym mówił Jarosław Kaczyński do tej pory i  zdziwienie musi budzić fakt, że nagle zmieniła się retoryka PiS i po bardzo wielu emocjonalnych i słusznych w swojej wymowie wystąpieniach Jarosława Kaczyńskiego  nastąpił nagły odwrót. Tak, jakby Euro 2012 było rzeczywiście jakąś „wielka szansą” dla Polski, poza byciem zwykłą, choć oczywiście, w swej skali, dużą sportową imprezą dla mas, kochających oglądać, jak duzi chłopcy w krótkich majtkach uganiają się za swym okrągłym przedmiotem pożądania.


Jakoś nie wierzę w motywacje Jarosława Kaczyńskiego, choć nie zaprzeczam, że istotnie, mogą być powody do tego, aby społeczeństwo na czas piłkarskich igrzysk uspokoić.


Bardzo niepokojące są ostatnie doniesienia medialne o planowanych prowokacjach, lub zamachach terrorystycznych podczas trwania turnieju. Umiejscowienie ekipy rosyjskiej w hotelu Bristol na Krakowskim przedmieściu, wybuchy bomb w Dniepropietrowsku, wcześniejsze zamieszki 11 listopada z udziałem obcokrajowców. W sprawie możliwych prowokacji ciekawie wypowiada się Piotr Bączek, były członek komisji weryfikacyjnej ds. WSI


Jednak nie to jest niepokojące, że może dojść do burd, prowokacji i skandalu. Na to Jarosław Kaczyński nie może mieć po prostu wpływu, bowiem jeżeli dojdzie do jakichkolwiek zamieszek – sprowokowanych, czy też nie , to ich konsekwencje polityczne nie są aż tak poważne, by nie zaryzykować pokazania całemu światu niezadowolenia Polaków z rządów PO. A właśnie Euro byłoby znakomitym momentem do takiej wielkiej ogólnopolskiej manifestacji.


Zastanawia, jednak, co innego. Cóż takiego się nagle stało, lub czegóż więcej o nieposzanowaniu praw człowieka na Ukrainie dowiedzieli się politycy europejscy, że zdecydowali się na bojkot tej imprezy w formie braku swojego uczestnictwa?


Aby jednak  rozwikłać te zagadkę należałoby się cofnąć do października 2011 roku, kiedy Julia Tymoszenko została skazana na 7 lat więzienia. Reakcja UE była natychmiastowa, o czym pisze portal TOKFM :
(…) Unia Europejska wyraziła głębokie rozczarowanie wyrokiem. Bruksela zagroziła, że będzie to miało konsekwencje dla stosunków UE - Ukraina i zakończenia negocjacji umowy stowarzyszeniowej.(…)
(…) Sprawa Tymoszenko wywołuje zaniepokojenie Unii Europejskiej. Część jej członków apelowała wcześniej, by zawiesić toczące się obecnie rozmowy o umowie stowarzyszeniowej Ukraina - UE do czasu rozwiązania problemu przetrzymywanych w aresztach i sądzonych za przestępstwa gospodarcze przedstawicieli ukraińskiej opozycji. Oprócz byłej premier chodzi m.in. o szefa MSW w jej rządzie Jurija Łucenkę. (…)



Jak na to zareagował prezydent Janukowycz ? Otóż ciekawe jest jego stanowisko, bowiem zareagował zgodnie z prawem :
(…) Prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz nie wykluczył, że może ułaskawić swą przeciwniczkę polityczną, skazaną na siedem lat więzienia byłą premier Julię Tymoszenko. W wywiadzie telewizyjnym Janukowycz dał do zrozumienia, że ułaskawienie opozycjonistki stanie się możliwe dopiero wtedy, gdy jej sprawa przejdzie przez wszystkie instancje sądowe.
- Co może być dalej? Następnym krokiem może być ułaskawienie. Ta procedura też jest przewidziana w prawie. I chcę wam powiedzieć, że jeśli ta procedura będzie (realizowana) to rozpoczyna się ona od oświadczenia skazanego, od podania do prezydenta. Jestem przekonany, że powinniśmy rozpatrywać tę kwestię w zgodzie z konstytucją - oświadczył Janukowycz w rozmowie z dziennikarzami trzech najważniejszych stacji telewizyjnych. (…)


A dlaczego jedynym sposobem na uwolnienie Julii Tymoszenko jest ułaskawienie przez prezydenta ? No cóż, wyjaśnienie jest bardzo proste. To nie Janukowycz odpowiada za zmianę prawa w tym zakresie tylko ukraiński parlament, który ponosi odpowiedzialność za uchwalenie ustawy znoszącej karalność za niektóre przestępstwa gospodarcze. Jednak stanowisko tego parlamentu było jednoznaczne :
(…) Parlament do drugiego czytania projektu ustawy, znoszącej karalność za niektóre przestępstwa gospodarcze, miał przystąpić 4 listopada. Dyskusja na ten temat została jednak wówczas przełożona, gdyż zdominowana przez rządzącą Partię Regionów większość nie zgodziła się, by depenalizacja objęła czyny popełnione przez byłą premier.
Rządząca Partia Regionów Ukrainy nie poprze zmian prawnych mogących doprowadzić do uwolnienia skazanej na 7 lat więzienia byłej premier Julii Tymoszenko
- Nasze stanowisko pozostaje niezmienne: nie możemy zmieniać prawa dla jednego obywatela. Jutro nie poprzemy tego artykułu (dotyczącego Tymoszenko) - rozwiał te oczekiwania Jefremow.(…)


Tym bardziej niezrozumiałe są próby wymuszania przez polityków UE reakcji prezydenta Janukowycza. Jaka, w świetle ukraińskiego prawa, miałaby być ta reakcja ? 


Wyobrazić należy sobie, co się stanie, gdy za jakiś czas premier Tusk znajdzie się w wiezieniu za przestępstwa przeciw narodowi polskiemu i po ogłoszeniu przez niezawisły sąd pierwszej instancji, że były premier polskiego rządu został skazany i musi odbywać karę więzienia podniesie się larum wśród społeczności międzynarodowej, że pobyt w zakładzie karnym nie służy byłemu premierowi i prezydent ma doprowadzić do jego natychmiastowego uwolnienia ! W telewizji zaś pokażą zmizerowanego i może „przecwelowanego” przez współwięźniów Tuska, który twierdził będzie, że cały ten proces jest polityczny i stanowi akt zemsty Jarosława Kaczyńskiego.


Ale nie wybiegajmy w przyszłość, lecz skupmy się na faktach…


Cóż takiego się stało, że nagle po pokazaniu Julii Tymoszenko w bardzo złym stanie fizycznym i psychicznym, co przecież było wiadome od dawna, dziwnym zbiegiem okoliczności politycy europejscy zdecydowali się nie przyjechać na Euro2012, do Ukrainy? Rzecz tym bardziej ciekawa, że sama Julia Tymoszenko apeluje przecież, aby odstąpić od takiej formy bojkotu, na rzecz innych form nacisków politycznych.


Nagle, nie wiedząc czemu wszyscy komisarze UE zdeklarowali, że na Ukrainę nie przyjadą, podobnie jak niektórzy przywódcy państw europejskich. I tutaj pojawia się kolejne pytanie – nie przyjadą z powodu Julii Tymoszenko, czy też z powodu posiadanych informacji o możliwości np. zamachu terrorystycznego ? Może odpowiednie służby przestrzegły polityków przed obecnością na mistrzostwach ?


Daleki jestem od spiskowych teorii dziejów, lecz dziwią mnie pewne nielogiczności w postępowaniu polityków. Tak samo jak ten ‘teatralny” bojkot dziwi mnie zachowanie Jarosława Kaczyńskiego i jego niekonsekwencja. Czemu miałoby służyć przerwanie wpół drogi marszu ku zwycięstwu politycznemu i narażanie się na to,  że części elektoratu ( w tym głównie związkowcy) bardzo jednoznacznie i negatywnie ocenią ten krok ?

 A może to nie jest jednak takie jednoznaczne ? Może w ten sposób Jarosław Kaczyński daje dyskretnie do zrozumienia, że niebezpieczeństwo dla obywateli jest większe niż obywatelom się wydaje ?


Tego zapewne wkrótce się dowiemy…

poniedziałek, 21 maja 2012

WOJNA Z NARODEM




Minęło już trochę lat od czasów „zatęchłej stalinowskiej komuny” lat pięćdziesiątych, epoki Gomułki, wczesnego i późnego Gierka i, w końcu, czasów Jaruzelskiego, które zakończyły się uwłaszczeniem post PZPR- owskiej nomenklatury i zagrabieniem Polski, na mocy porozumień paktu okrągłego stołu. Powstał twór o nazwie III Rzeczpospolita, w którym do 2010 roku bardzo trudno było zidentyfikować przeciętnemu obywatelowi „kto jest kim w Polsce”.


     Tragiczne wydarzenia z 10.04.2010r unaoczniły jednak Polakom, że ich krajem rządzą podejrzani osobnicy, których interesy nie są tożsame z interesem narodowym. Jak szczury, wyszły z cienia różnego rodzaju, indywidua , które za pomocą medialnej nagonki, kłamstw, manipulacji, gróźb i innych znanych z PRL sposobów przekonać społeczeństwo, że stoi po „niewłaściwej” stronie. Tych, którzy odważyli się jawnie zaprotestować napiętnowano, nazywając ich oszołomami, sektą, mocherami. Zastosowanie inwektyw w stosunku do narodu to dobrze znana metoda poniżania, która ma jednak skutki uboczne w postaci wyraźnego oddzielenia rządzących od rządzonych.


     Czasy „stalinowskie” to „dialog ze społeczeństwem” prowadzony w sposób jednostronny, za pomocą pały i Nagana. Polska była de facto  republiką Związku Sowieckiego a wszelkie przejawy „innego myślenia” były krwawo tłumione. Oręż władzy był prosty i toporny. Bezpodstawne oskarżenie, wyrok po zeznaniach wymuszonych torturami na pokazowym procesie i do tiurmy, lub pod ścianę. Władza równie zręcznie posługiwała się karabinem, pałką, nogą od stołka, ale również słowem pisanym, w którym widać już było początki „nowomowy”, tak charakterystycznej dla rządów Gierka, czy Jaruzelskiego.
Oczywiście słownictwo było dość ubogie, gdyż ówczesna prasa przeznaczona była głównie dla społeczeństwa mniej wyposażonego intelektualnie. Toporna indoktrynacja i takie same toporne metody, oparte na „aparacie represji”, mającym w ryzach strachu utrzymywać społeczeństwo, były na porządku dziennym i stanowiły „oręż” do walki przeciwko narodowi.

     Metody oczywiście przyszły ze wschodu - tam gdzie już od kilkudziesięciu lat „wykuwała się stal”, lecz nie należy sądzić, że prawdziwym podłożem ich stosowania były, li tylko, powody polityczne. Polityka w tym przypadku była jedynie środkiem do celu, jakim miało się stać zawłaszczenie gospodarki satelickiego państwa Środkowej Europy, podobnie jak innych europejskich państw, przypisanych Traktatem Jałtańskim strefie wpływów Związku Sowieckiego.
    Jednak dowodem krótkowzrocznej polityki aliantów, było stworzenie silnego mocarstwa, którego rubieże były wysunięte w głąb Europy i które to mocarstwo nie zamierzało ograniczać swej polityki ekspansji tylko do po jałtańskich obszarów wpływu.

    Sowieci wprowadzili swoje metody terroru w Polsce i za pomocą doskonale przygotowanych kadr, wcielili je w życie zaraz po zakończeniu II Wojny Światowej. Szybko
i skutecznie opanowali nasz kraj, mordując, lub umieszczając w więzieniach „kwiat narodu polskiego”. Zapoczątkowali, tym samym, długi proces umacniania strefy swoich wpływów, poprzez m.in. rozwój odpowiednich „służb”, których jedynym zadaniem było utrzymywanie w ryzach społeczeństwa. „Służby” te złożone były nie tylko z tzw organów siłowych. Podporządkowane im było również sądownictwo, urzędy, obsadzone „swoimi” ludźmi, prasa
i pozostałe, dopiero rozwijające się media. „Swoi” pracowali wszędzie, tak by kontrola była pełna.
    Do wypracowanych metod działania należał donos, denuncjacja, ale też groźby, zastraszanie, pobicia lub zwalnianie z pracy. Programowo dozwolone było wszystko, co było konieczne do sprawowania „władzy ludowej”

       Oczywiście nie można było, z oczywistych względów posługiwać się jedynie sowieckimi „specjalistami” To by były zbyt duże koszty dla mocarstwa, które chciało trzymać w ryzach tak wiele krajów. System represji opierał się na „zapleczu osobowym” krajów satelickich. W krajach tych nastąpiło, z czasem, wykształcenie „własnych składów osobowych” aparatu represji, oraz towarzyszącego mu grona  „współpracowników”, pozyskiwanego za pomocą pieniędzy lub innych korzyści majątkowych, gróźb , lub szantażu. Lecz najbardziej niebezpieczni z nich byli ideowcy.
        System ten ewoluował i po śmierci Stalina przybrał, pozornie, bardziej „cywilizowane” oblicze. Impet represji trochę zmalał, mówiło się o odwilży, skazani wcześniej na wieloletnie wyroki ludzie zaczęli wychodzić z więzień. Ale ta zmiana nie przyniosła ze sobą zmiany intencji władzy wobec społeczeństwa. Klasa robotnicza nadal miała produkować dla rozwoju komunizmu i nadal interesy sowieckiej Rosji były priorytetem w działaniach marionetkowych, upartyjnionych rządów.

     Po wydarzeniach 1956 roku Gomułka szybko „wybił z głów” reformatorskie zapędy niektórych środowisk. Wasalizacja Polski trwała nadal, choć metody represji były już bardziej finezyjne. Sen o reformach skończył się ostatecznie w 1968 roku a w 1970 roku władza powróciła do swoich korzeni z lat 50- siątych, krwawo tłumiąc protesty robotników
w Gdańsku. Zamiast chleba społeczeństwo zostało „nakarmione” karabinowymi pociskami i gazem łzawiącym. 

       Kolejny etap „ewolucji” systemu obejmował lata rządów Gierka. Przez pierwszy okres można mówić o niewidocznym aparacie represji. Kraj, dzięki olbrzymim zagranicznym pożyczkom, zaczął się rozwijać, a wszechobecna do tej pory szarość życia ustąpiła miejsca fasadowemu kolorytowi. Pomimo pozornej stabilizacji gospodarczej, „dobrobyt”, zafundowany społeczeństwu na jego koszt nie mógł trwać wiecznie. Każdy dług ma to do siebie, że trzeba go spłacić. Dziesięć lat propagandy sukcesu zrobiło jednak swoje i dopiero tragiczna sytuacja gospodarcza Polski, której w żaden sposób nie można już było ukryć, doprowadziła do pierwszych strajków.

      Odsunięcie Gierka od władzy o dojście do niej Jaruzelskiego, pokazało jednak, kto tak naprawdę Polską rządzi. Stan wojenny przypomniał społeczeństwu polskiemu, że nadal jest jedną z sowieckich republik.
    Wydarzenia, które nastąpiły później doprowadziły w końcu do rozpadu Związku Sowieckiego, w swej dotychczasowej postaci, i tym samym pozwoliły na dokonanie pierwszych reform w krajach satelickich.
      Należy jednak pamiętać, że 44 lata rządów komunistów w Polsce to przede wszystkim całościowa kontrola społeczeństwa i „utrzymywanie jej w ryzach”. To 44 lata budowania „służb” i metod represji pod wszelkimi jej postaciami. Przez te lata praktycznie zniszczono polską państwowość, a społeczeństwo zostało podzielone na tych, którzy rządzą i tych, którzy są rządzeni. Przez lata te wykuwała się świadomość partyjnych aparatczyków a pokolenia starych ubeków zostały zastąpione nowymi „ludźmi”. Przez lata całe powstawały siatki agentów SB, które włączały w swoje szeregi postacie ze wszystkich środowisk i wszystkich klas społecznych – polityków, urzędników, aktorów, pisarzy, duchownych, artystów, robotników, dziennikarzy etc,etc. Względny spokój był jednak zasłona dymną. „Aparat bezpieczeństwa” działał nadal.
      Całe to komunistyczne „szambo” zostało w 1989 roku wchłonięte przez powstającą III Rzeczpospolitą, praktycznie bez konsekwencji – anonimowo i z zachowaniem stanowisk, urzędów i prawa do godziwej emerytury. Tylko nieliczni, których akta nieopatrznie zostały publicznie ujawnione zostali w mediach opisani, jednak bez poniesienia praktycznie żadnych prawnych konsekwencji.

     Część aparatu partyjnego i służb uwłaszczyła się na majątku narodowym, a część postanowiła na gruzach PRL-u budować po cichu nowy twór państwa –podporządkowany swoim interesom. Było to łatwe. Dzięki "starym" powiązaniom wielu „aparatczykom”
i „ubekom” udało się szybko odnaleźć w nowej rzeczywistości. Dzięki zawłaszczeniu mediów, oraz wpływom, w środowiskach opiniotwórczych i politycznych, niektórych partii, stali się animatorami sceny politycznej w Polsce - z tylnego fotela wydając polecenia "podkomendnym".
      Skala tego zjawiska była olbrzymia. Całe rzesze byłych TW i ludzi „służb systemu” przeszło bezboleśnie reformę ustrojowa, by stać się, od tej pory, pełnoprawnymi obywatelami III RP. Nie należy przy tym zapominać, że dawni „towarzysze” są teraz częścią społeczeństwa, będącą elektoratem dla niektórych ugrupowań partyjnych – a szczególnie tych, które nie mają zamiaru rozliczać ich z niewygodnej przeszłości, Należy tu wspomnieć nie tylko o ilości tego „elektoratu”, ale także o jego jakości, czyli o osobach bardzo wpływowych, mających szerokie powiązania w sferze biznesu, polityki i mediów. Nie można nie wspomnieć o tzw „farbowanych lisach”, czyli osobach, które pod pozorem neutralnych lub liberalnych poglądów zatajają swoje prawdziwe oblicze przez całe lata, czekając na okazję konfrontacji, gdy przyjdzie na to odpowiedni czas. Wtedy następuje zaciekły atak z ukrycia tych „mędrców” i „autorytetów” z kręgów dziennikarzy, publicystów, ludzi sztuki, aktorów, pisarzy, polityków

    Człowiek rozsądny powinien zdawać sobie sprawę, że w PRL-u nie było przypadku
w obsadzaniu stanowisk w tak kluczowych dziedzinach jak gospodarka, czy media. Obie te dziedziny musiały być stuprocentowo kontrolowane przez władze. Szczególnie media, będące tubą propagandową władzy komunistycznej przesiąknięte były na wskroś agenturą. Z jednej strony należy jednak mówić o rzeczywistych tajnych współpracownikach, a z drugiej,
o „towarzyszach” tworzących program propagandy i wcielających w życie zamierzenia władzy ludowej.

     Jeszcze inną część „systemu” stanowili artyści, którym władza pozwalała na wykonywanie swojego zawodu za duże pieniądze, literaci, który pozwalano wypowiadać się na łamach czasopism i gazet o największym nakładzie. Czyż mogłyby to być osoby nie mające powiązania z władzą, lub takie, które piętnowałyby system ?
   Nawet środowiska, które z pozoru wydawały się niezależnymi, w swej działalności kolaborowały z systemem. Oczywiście bardzo ważne było umieszczenie w tych środowiskach agentów, którzy skutecznie, od środka sterowali działalnością różnego rodzaju stowarzyszeń, czy grup społecznych.
 Taka sama sytuacja występowała w Kościele. Publikacje np. ks. Isakowicza – Zaleskiego znakomicie odzwierciedlają skalę tego zjawiska. 

     Spuścizna PRL- u i długoletnich działań komunistycznych władz nie mogła się skończyć w sposób praworządny – a więc rozliczeniem przeszłości, identyfikacją i ukaraniem winnych i odsunięciem od wszelkich publicznych przywilejów osób, które odpowiadały za długoletnia walkę z narodem. Okrągły stół przekreślił taką możliwość, lecz, czy było to jedyne możliwe wyjście ? Czy pakt ten był w ogóle potrzebny?
   W świetle wydarzeń historycznych można powiedzieć, że nie. Proces demontażu komunizmu w sowieckiej Rosji już był rozpoczęty, a polski aparat partyjny, pozbawiony zaplecza Wielkiego Czerwonego Brata, w tym szczególnie, w części militarnej i politycznej, po prostu przetrwać dalej nie mógł. Niepotrzebne więc były takie pakty. Zgniły i zmurszały od środka system komunistyczny musiał upaść, lecz znaleźli się tacy, którzy podparli jego gnijącą nogę i nie dopuścili do spektakularnego upadku, podobnego do wydarzeń w Rumunii, lub w bardziej cywilizowanej wersji rodem z NRD.
     Przyniosło to z sobą daleko idące konsekwencje w postaci bezzasadnego rozgrzeszenia ludzi dawnego ustroju i zgody na pełne i niczym nie skrępowane uczestnictwo w życiu społecznym, gospodarczym i politycznym.

     Jednak nie należy sądzić, że ludzie dawnej komunistycznej nomenklatury mieli gorszy start w nową rzeczywistość. Ich sytuacja była, w porównaniu do reszty społeczeństwa bardziej uprzywilejowana. Pomogły im w tym stare układy, a także piastowanie kluczowych stanowisk w PRL- owskiej rzeczywistości, a przede wszystkim bogata wiedza o społeczeństwie i kraju, którym wcześniej rządzili. Społeczeństwo zwykłych obywateli skazane było na budowanie od podstaw swojego osobistego dobrobytu, zaś ci, którzy przeciwstawiali się systemowi, działając jako szeregowi członkowie niezależnych związków zawodowych,  zostali najbardziej pokrzywdzeni. Elity nowej władzy nie zaprosiły ich do współrządzenia. Wolały dalej kolaborować z dotychczasowymi „katami” praworządności, w imię mylnie pojmowanego spokoju społecznego i przebaczenia
      Zaczęły się w ten sposób tworzyć nowe zależności i nowe pakty, których celem od tej pory stało się umacnianie „nowego” porządku, a więc współpracy beneficjentów dawnego układu – zarówno partyjnego betonu, jak i politycznych konformistów z ludźmi, którzy zaakceptowali ten układ w 1989 roku.

     Przez ostatnie dwadzieścia lat następowały oczywiście przetasowania polityczne. Tylny fotel jednak zawsze obsadzany był przez tych, którzy realizowali przymierze okrągłostołowe. Dopiero powstanie PiS doprowadziło do pierwszych symptomów paniki w kręgach orędowników „jedynie słusznej sprawy” Nastąpiło wyciągnięcie z teczek niewygodnych faktów i rozpoczął się proces deubekizacji społeczeństwa i obnażania mechanizmów rozkradania majątku narodowego.
    IPN zaczął publikować nazwiska i za pomocą rzetelnych publikacji obnażał prawdziwe oblicze komunizmu, oraz udziałowców okrągłostołowego porozumienia. W świetle tych faktów, upadł mit autorytetów moralnych, z których znaczna część okazała się zdrajcami narodu, lub kolaborantami z systemem komunistycznych represji. Nagłe zagrożenie spowodowało reakcję. Sięgnięto po stare sprawdzone sposoby : kłamstwo, dezinformację, zastraszanie, szantaż.

      Apogeum tej walki nastąpiło po tragicznej śmierci ŚP prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Beton partyjny i kolaboranci rozpoczęli ofensywę przeciwko narodowi, słusznie bojąc się utraty dotyczczasowych wpływów. Paradoksalnie, po tej tragedii, naród, przez ostatnie lata karmiony papką medialną, reklamami i mitami o postępującym dobrobycie wreszcie się ocknął. Okazało się, że „król jest nagi” - nasze państwo jest słabe ekonomicznie i politycznie.   Po cichu prowadzona polityka wasalizacji wobec wielkiego biznesu który wyszedł z krajów gospodarczo lepiej rozwiniętych, doprowadziła do sprzedaży majątku narodowego            
i wprowadzeniu na terytorium Polski firm, które chcą nasz kraj jedynie wykorzystać - korzystając ze zwolnień podatkowych i taniej siły roboczej.
     Byt przeciętnego obywatela znacznie się pogorszył, podobnie jak jego prawo do wolności słowa i możliwości realnego wpływu na rządzenie krajem.

    Nie bez znaczenia jest również odradzająca się mocarstwowość naszego wschodniego sąsiada. „Beton” znów czuje wiatr w żaglach. Obecny rząd, który skrupulatnie realizuje politykę wasalizacji ekonomicznej i politycznej, na rzecz naszego Wielkiego Brata, nie boi się również posunięć wątpliwych w polskim systemie prawnym. Takie są właśnie nieformalne porozumienia pomiędzy premierami rządów Polski i Rosji, lub zgoda na szkalowanie Polski na arenie międzynarodowej.

     Komunizm został zastąpiony marnym subsytutem demokracji, w którym stare siły nadal mają zbyt wiele do powiedzenia. 

     Bo demokracji nie ma. Każdy, kto twierdzi inaczej mija się z prawdą. Pojęcie demokracji  używane jest dla uwiarygodnienia złudnego przekonania społeczeństwa, iż jest suwerenem własnego losu. Lecz, czy obecną formę „demokratycznych” rządów w państwach prawa, a takim bez wątpienia nazywana jest Polska,  można rzeczywiście uznać za suwerenną ?

     Demos – lud, creatos – panować. Słowo „demokracja” jest więc określone w sposób, który narzuca interpretację "znaczenia". Panowanie ludu oznacza bowiem bezpośredniość władztwa. Każde dodatkowe słowo, przypisane do „demokracji” zmienia ten charakter. Nie można mówić o demokracji bezpośredniej lub pośredniej, bowiem już w samym znaczeniu znajduje się pytanie i odpowiedź. Panowanie ludu nie może być przeniesione na przedstawicieli, choćby przedstawiciele ci pochodzili od ludu. Bowiem z chwilą przekazania bezpośredniego władztwa na plenipotenta tworzy się nowa forma sprawowania władzy, której nie sposób nazwać demokracją. Dlaczego nie nazwać rzeczy takimi jakimi są, a więc zamiast ustroju demokratycznego powiedzieć po prostu ustrój plenipotencjarny, albo ustrój regencyjny ? 

   Plenipotenci nie mogą pozwolić na zmianę nazwy na właściwą sobie. Oznaczałoby to bowiem, że odpowiedzialność za czyny i zaniechania polityków sprawujących władzę przechodzi bezpośrednio na nich. Łatwiej jest przecież powiedzieć  - Przecież mnie wybraliście, abym w waszym imieniu sprawował władzę !
"Nadbudowa" pierwotnego znaczenia pojęcia demokracji jest niczym innym jak przejawem nowomowy na użytek rządzących, przewartościowującym to pojęcie i zmieniającym jego właściwy sens. 

   A przecież gdyby zadbać o właściwe znaczenie i konsekwencje z niego płynące to prawodawstwo wyglądać powinno zupełnie inaczej. Nie mielibyśmy „przedstawicieli narodu” wybieranych na 4 lata, których w taki sam sposób odwołać wcześniej nie sposób. Nie mielibyśmy ustaw sprzecznych z wolą narodu, bowiem plenipotenci każdą z nich musieliby zatwierdzać referendalnie z mocy prawa nadanego im przez naród, nie zaś sami decydując o tym, czy tak należy uczynić. Nie mielibyśmy tajności obrad urzędników ze światem finansów i biznesu – każda decyzja mająca znaczenie dla polskiej racji stanu musiałaby być zatwierdzona przez całe społeczeństwo.

  Wojna z narodem prowadzona jest na zewoluowanych zasadach komunistycznej propagandy. Niebezpieczeństwo tkwi jednak w tym, że w chwili obecnej, gdy krajem rządzi elita postkomunistyczna – niezależnie, czy nazwie się ją liberałami, czy też lewicą – są to te same „elity” które dokonały uwłaszczenia Polski po 1989 roku.

  Lecz społeczeństwo szybko zapomina. Społeczeństwo, zwłaszcza ta jego część, która nie doświadczyła empirycznie, nie doznała we własnym doświadczeniu tego wszystkiego, co było codziennością wielu pokoleń Polaków, żyjących w czasach nieufności i strachu, nie potrafi być krytyczne wobec własnej łatwowierności. Ale tak już jest, że człowiek poznaje i uczy się dopiero wtedy, gdy przyjdzie mu odkryć, że rzeczywistość, która go otacza jest jedynie mirażem.